O teorii względności, nagim cesarzu i goleniu włosów

Każda prawda przechodzi przez trzy etapy: najpierw jest wyśmiewana, potem  zaprzeczana, a na końcu uważana za oczywistą. –  Arthur Schopenhauer

Choć tematyką artykuł ten będzie odbiegał od reszty witryny, jego ogólne przesłanie jest z nią spójne – i jest nim zachęta do uruchomienia myślenia w dziedzinach, w których sądziliśmy, że inni pomyśleli za nas wystarczająco dobrze.

MYŚL! Otwórz umysł. Nie akceptuj czegoś tylko dlatego, że większość ludzi, których znasz, to twierdzi. Nie akceptuj czegoś nawet wtedy, gdy wszyscy, których znasz, to twierdzą. Tylko zdechłe ryby płyną z prądem. A jeśli to inni mają rację, a ty nie, po przebadaniu spornego tematu po prostu zmienisz zdanie. Będziesz przynajmniej dokładnie wiedzieć, dlaczego myślisz, co myślisz. Kwestionując wszystko, co się da, możesz tylko zyskać!

open mind key locked un locked brain mind human head phsycology phsycological mindlock memories therapy

W praktyce oczywiście kwestionowanie dosłownie wszystkiego jest niemożliwe, głównie z powodu braku czasu. Musimy wybrać, które z aspektów naszego życia i przekonań są dla nas najważniejsze. W każdej kulturze istnieje mnóstwo mitów, w które wierzy blisko 100% populacji, ale które nie mają żadnego wpływu na niczyje życie. Nigdy się nie dowiemy wszystkich, w które sami wierzymy, i które powtarzamy.

Wikingowie mieli hełmy z rogami. Pamięć złotych rybek trwa kilka sekund. Alkohol rozgrzewa. U rekinów nie występują nowotwory. Napoleon był bardzo niski. Wielki Mur jest jedyną budowlą widoczną z kosmosu. Ptaki porzucą pisklęta, jeśli wyczują zapach człowieka, który je dotykał. Pasy cnoty powstały w celu zapobiegania niewierności. Rzucona z bardzo wysokiego budynku drobna moneta może ci przebić na wylot głowę. Ludzie mają pięć zmysłów. Paznokcie i włosy rosną również po śmierci.

viking-helmet

 Wszystkie wyżej wymienione twierdzenia są fałszywe. Weźmy pierwsze z nich – „Wikingowie mieli hełmy z rogami”. Tak naprawdę Wikingowie musieliby mieć tendencje samobójcze, aby umieszczać na swoich hełmach rogi. Jedną z funkcji hełmu jest to, aby większość uderzeń miecza się po nim niejako ślizgała. Rogi by to uniemożliwiały. „Doprawiono” je (haha) Wikingom dopiero w XIX wieku, a uczynili to twórcy kostiumów do oper Wagnera. Wszystkie wcześniejsze rysunki i opisy Wikingów rogów nie mają.

Po przeczytaniu powyższego wyjaśnienia, niemal nikt, jak sądzę, nie upierałby się już przy tym, że Wikingowie naprawdę mieli rogi u hełmów. Po stwierdzeniu typu „ha, ciekawe!”, przyjąłby po prostu do wiadomości, że się mylił. Sprawa ta jest bowiem łatwa do udowodnienia, a wyjaśnienie jak najbardziej logiczne.

Co to jednak naprawdę oznacza „logiczne”?

Logika to proces rozumowania, który powinien nam umożliwić odróżnianie prawdy od fałszu. Natrafiamy jednak na dwa problemy – po pierwsze, logika nie jest niezależnym procesem, po drugie, możemy w różny sposób zakłócać jej działanie.

Co to znaczy, że logika nie jest niezależnym procesem? Poprawność działania logiki zależy między innymi od opierania się na faktach. Nie każdy jednak ma ich jednakową znajomość. Dwie osoby mogą dojść do różnych wniosków stosując ten sam rodzaj logicznego rozumowania, jeśli nie mają identycznej znajomości faktów.

Węźmy kolejny z wymienionych wyżej mitów – ten, że pamięć złotej rybki wynosi tylko kilka sekund. Komuś może wydać się to logiczne – no tak, mała, głupia rybka; czego można spodziewać się po zwierzęciu z mózgiem wielokrotnie mniejszym od łebka szpilki? Nie wiadomo, kto stworzył ten mit, wiadomo natomiast, że został wielokrotnie obalony. 15-letni chłopiec z Australii w prostym doświadczeniu poprzedzał karmienie złotych rybek umieszczeniem w akwarium czerwonego klocka. Początkowo ryby się go bały, później jednak nauczyły się, że oznacza on karmienie, i podpływały bliżej. Chłopiec przerwał eksperyment na tydzień – i po jego upływie rybki wciąż pamiętały, że klocek oznacza karmienie, podpływały blisko niego bez żadnych obaw. [note] http://www.abc.net.au/news/2008-02-19/goldfish-three-second-memory-myth-busted/1046710[/note] A tydzień to… kilkaset tysięcy razy więcej niż kilka sekund. Nie na tym koniec jednak. W podobnym eksperymencie, tylko z użyciem dźwięku, udowodniono, iż pamięć złotych rybek może sięgać nawet pięciu miesięcy [note]http://www.dailymail.co.uk/sciencetech/article-1106884/Three-second-memory-myth-Fish-remember-months.html[/note]. Jeśli znamy tylko ten fakt, że mózg złotej rybki jest malutki, możemy wciąż wierzyć w mit kilkusekundowej pamięci. Wiedza o wykonanym doświadczeniu szybko ten mit obala.

 Logika, aby działała jak należy, powinna też być poparta doświadczeniem. Przyznajmy się – większości rzeczy, w które wierzymy, i które głosimy, nie doświadczyliśmy w żaden sposób. Ktoś nam coś powiedział, gdzieś coś czytaliśmy, i powtarzamy to dalej, z każdym kolejnym powtórzeniem wierząc w to coraz bardziej. Większość ludzi, zwłaszcza tych inteligentnych i oczytanych, lubi prezentować swoją wiedzę (eufemizm przechwałek), i lubi efekt wywierany na znajomych, kiedy uda im się zabłysnąć wiedzą i widzą podziw w ich oczach. Kiedy raz to osiągną, trudno im później przyznać się do jakiejkolwiek niewiedzy. Wolą nieco pozmyślać niż powiedzieć „nie wiem”. Boimy się rozczarować innych, że wcale nie jesteśmy tacy wspaniali, jak myślą?

Jest powiedzenie, które bardzo lubię – „mądry mówi tylko to, co wie; głupi mówi wszystko”. W obecnej dobie informacji, gdy człowiek jest zasypywany nieporównywalnie większą ilością informacji niż w całej historii ludzkości, niemożliwe jest jednak zweryfikowanie wszystkiego, zwłaszcza, iż duża część informacji, która nam jest serwowana, to umyślne kłamstwa, zwane reklamą. Najmądrzejszymi dzisiaj zatem są być może ci, którzy najmniej mówią?

Ponieważ trudno całe życie poddawać wnikliwej analizie wszystko, co słyszymy, i na pewno pewne mity będziemy powtarzać, warto zastanowić się, jak odróżnić te mało istotne od tych, które mogą odmienić czyjeś życie. A te należą najczęściej do dwóch kategorii: religii i nauki.

Wszyscy mamy potrzebę bezpieczeństwa, i niektóre z informacji, które posiadamy, mają na nią bezpośredni wpływ. Informacja o wykryciu nowotwora złośliwego w zaawansowanym stopniu rozwoju dla niemal każdego będzie wielkim szokiem i poczucie bezpieczeństwa nagle przestanie być zaspokajane. Większość ludzi będzie starać się odzyskać je bądź to przez religię, bądź naukę, bądź kombinację obydwu.

Załóżmy, że pacjent bądź to uwierzy, że Bóg go uzdrowi, bądź też, że ktoś ma lekarstwo na jego dolegliwość. Jeżeli później będziemy starali się zachwiać jego przekonaniem – odpowiednio przekonując, że Boga nie ma, lub że takowe lekarstwo nie istnieje, poczucie bezpieczeństwa tej osoby będzie zagrożone i jej reakcje będą zazwyczaj bardzo emocjonalne. W takich sytuacjach rzeczowa dyskusja jest prawie zawsze niemożliwa. Jeżeli czytelnik tego artykułu należy do osób, których poczucie bezpieczeństwa oparte jest na nauce, uprzedzam, że może ono zostać poważnie rozchwiane. Jeżeli ktoś ma w tej chwili wielką ochotę rzucić czytanie tego artykułu, sugeruję, aby to zrobić. Jakakolwiek szansa na dowiedzenie się czegoś nowego maleje w tempie astronomicznym, jeśli do tematu podchodzimy z emocjami.

GOLENIE WŁOSÓW

 

Dlaczego wspomniałem w tytule artykułu golenie włosów? Jest to jeden z mitów, do których co prawda nauka nie ma wątpliwości, że jest fałszywy, ale jest też dobrym przykładem, jak rozpowszechniona może być jakaś fałszywa informacja. Panuje bardzo powszechne przekonanie, iż golenie włosów ma wpływ na ich wzrost. Jedni uważają, iż odrastają one ciemniejsze, inni, że grubsze; wielu też uważa, iż po goleniu rosną gęściej lub szybciej. Z naukowego punktu widzenia natomiast byłoby niezwykle dziwne, gdyby którekolwiek z tych twierdzeń było prawdą. Powód jest trywialnie prosty – włos jest martwy. Możemy go golić, ciąć, palić, zanurzać w kwasie – nasz organizm nie ma możliwości nawet „dowiedzenia się”, co się z nim dzieje. Włos nie ma żadnych połączeń nerwowych. Mieszek włosowy jest, jak najbardziej, żywym organem, ale to, co z niego wyrasta, czyli to, co widać, już nie.

super-thick-beard

Jest to bardzo prosty fakt, jednak jego nieznajomość jest bardzo powszechna. Wykorzystywane to jest w reklamach, w ktorych witaminy bądź prowitaminy wnikają we włosy, lub mają je „odżywiać”. Nie da się przecież odżywić czegoś, co jest martwe. Pamiętam, jak w przeszłości wielokrotnie irytowałem się, gdy usiłowałem kogoś przekonać, iż wpływ golenia na porost włosów jest mitem. Niektórzy nawet cierpliwie słuchali moich wywodów o budowie włosa, jednak – kiedy oczekiwałem od nich zgodzenia się ze mną – stwierdzali, że oni jednak wiedzą lepiej, bo… widzieli „na własne oczy”, iż golenie wpływa na porost włosów.

Wyżej pisałem, iż poprawne działanie logiki wymaga znajomości faktów i – podkreślę „i” – doświadczenia. Nie „albo”. One muszą się ze sobą zgadzać. Jeśli się nie zgadzają, albo fakty w rzeczywistości są inne, albo doświadczenia złudne. W przypadku golenia włosów mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem. Często dorastający chłopcy zauważają, że dopóki się nie golili, ich włosy były prawie niewidoczne, zaś od czasu golenia są ciemniejsze. Byłyby jednak wciąż ciemniejsze, nawet gdyby ich nie golili, gdyż spowodowane to było zmianami hormonalnymi w ich organiźmie. Zbiegiem okoliczności było to, iż w tym czasie włosy te były golone. Owszem, odrastające po goleniu włosy wydają się twardsze i mniej elastyczne, na tej samej zasadzie, na jakiej o wiele trudniej nam zgiąć lub złamać drewnianą listwę długości centymetra niż długości metra. Nie golmy się jakiś czas i przekonamy się, że po osiągnięciu pewnej długości, włosy znów wydają się elastyczne i bardziej miękkie.

To jedno proste twierdzenie – że włos jest martwy – tak naprawdę jest jedynym potrzebnym argumentem. Jak to zatem jest, że wciąż przygniatająca większość ludzi wierzy, że golenie wpływa na porost włosów? Nawet naukowcy, choć dobrze wiedzieli, że na wpływ ten nie ma logicznych dowodów, woleli się przekonać, i wykonywali liczne doświadczenia na ochotnikach. Doświadczenie z 1970 roku dotyczyło dwóch grup ludzi [http://www.everydayhealth.com/skin-and-beauty/does-shaving-make-hair-grow-back-thicker.aspx], z których jedna nie goliła nóg przez kilka miesięcy, druga zaś goliła je regularnie. Przebadano włosy obu grup przed i po eksperymencie. Wynik – zgodny z nauką. A jednak… nauka sobie, doświadczenia sobie, a… ludzie wciąż wierzą, w co chcą wierzyć. Zwłaszcza, jeśli ich doświadczenie zdaje się przeczyć naukowym faktom. „Czucie i wiara silniej do mnie mówią, niż mędra szkiełko i oko” – któż by się odważył kłócić z Mickiewiczem?

Może łatwiej będzie kłócić z kimś, kto lubi nadużywać alkoholu, i upiera się, że go on rozgrzewa? Alkohol, owszem, rozszerza naczynia krwionośne blisko skóry, przez co skóra się ogrzewa i człowiek ma wrażenie, że jest cieplej, podczas gdy oczywiście przez rozszerzone naczynia o wiele prędzej traci się ciepło. Zamarzasz? Napij się wódki, zamarzniesz prędzej, ale przyjemniej. Prześmieszne jest to, że większość ludzi, gdy myśli o psach bernardynach, ma przed oczami obraz olbrzymiego, kudłatego psa z baryłką rumu lub whisky na szyi, podczas gdy sami mnisi z Wielkiej Przełęczy Świętego Bernarda (którzy zapoczątkowali używanie tych psów do pomocy w górskich akcjach ratowniczych) zaprzeczają, że kiedykolwiek wieszali cokolwiek psom na szyjach. Legendy…

W tytule wspominam również o nagim cesarzu. Jeśli ktoś nie zna tej baśni Andersena, służę skrótem:

new emperors's clothes

„Nowe Szaty Cesarza” jest krótką opowiastką, w której pewien uwielbiający dobre stroje cesarz daje mnóstwo pieniędzy dwóm oszustom podającym się za tkaczy o niesamowitych zdolnościach polecając, aby ci uszyli mu szaty, o niezrównanym pięknie. Oszuści deklarują, iż podołają temu zadaniu, a oprócz piękna, szaty te będą miały również bardzo ciekawą właściwość: wszelcy głupcy i ci, którzy nie nadają się do urzędu, w którym pracują, nie będą mogli w ogóle ich widzieć. Oszuści rozpoczynają pracę, zamawiają najlepsze materiały i złoto, przy czym oczywiście chowają je i kradną. Cesarz posyła swoich urzędników, aby oglądali i donosili mu o postępach pracy, a ci – choć widzą puste krosna – albo boją się zwolnienia z pracy, albo posądzenia o głupotę, więc wszyscy mówią, że szaty są przepiękne. Po niedługim czasie już mówią tak wszyscy w mieście.

W końcu i sam cesarz ogląda materiały… i też się boi własnej bądź to niekompetencji, bądź to głupoty, i… również przyznaje, że szaty są wspaniałe. Bajka kończy się sceną, gdy król paraduje nagi przed całym miastem, podczas gdy wszyscy zachwycają się nieistniejącymi szatami… do czasu, aż jedno dziecko woła „Patrzcie, przecież on jest nagi!”. Dziecko na pewno na swój urząd się nadaje, a wtedy nikt dzieciństwa z głupotą nie utożsamiał, także zamiast zbesztać dziecko za naiwność… wszyscy w końcu mu wierzą. Cesarz też zaczyna się domyślać prawdy, jednak… kończy procesję, jak gdyby nigdy nic.

Ta opowiastka jest genialna! Pokazuje i wyjaśnia mnóstwo procesów, które występują w społeczeństwach. Wyjaśnia także sporo pozornych paradoksów dziejących się w religii.

I… w nauce.

Kiedy przyjrzymy się historii nauki, zobaczymy, że niemal wszystkie przełomowe odkrycia spotykały się początkowo z największym oporem… wśród środowisk naukowych. Tylko drobny procent naukowców chciał słuchać Kopernika, że ziemia nie jest środkiem świata. A kiedy Galileusz chciał pokazywać przez teleskop kratery na księżycu lub księżyce Jowisza, większość pozostałych astronomów nawet nie chciała spojrzeć, jako że przecież oni – naukowcy – wiedzieli, jak to ma wyglądać. Wielka ilość szanowanych naukowców na początku XIX wieku była przekonana, iż cięższe od powietrza maszyny nie mają szansy na sterowane latanie, choć przecież w przyrodzie nie brak dowodów na to, iż jest to możliwe. [note]http://www.internationalskeptics.com/forums/showthread.php?t=111147[/note]

Czy jednak wielkie pomyłki nauki to kwestia przeszłości? Owszem, mamy możliwość przetwarzania milionów razy więcej danych, ale człowiek wciąż tak samo często się myli, jak tysiąc lat temu, i wciąż tak samo często ma również ochotę pokazać się w jak najlepszym świetle, nawet kosztem fałszowania danych.

W latach 80 i 90 niemal w każdej przychodni lekarskiej oraz w wielu salach szkolnych wisiały tak zwane piramidy pokarmowe, które miały pokazać, jak powinna wyglądać właściwie zbilansowana dieta. Jej podstawą były produkty zbożowe, wyżej – warzywa, później owoce, nabiał i – na samym czubku – mięso i oleje. Generalnie – im wyżej, tym tłuściej.

polska_piramida_zywnosciowa

Po jakimś czasie jednak coraz więcej naukowców zaczęło sobie uświadamiać, że tłuszcze jednak są potrzebne dla zdrowia. Więc piramidę zmieniono i na samą górę powędrowały cukier i słodycze.

nowsza_piramida_zywieniowa

To akurat wersja wegeteriańska, ale wersja „zwyczajna” umieściłaby po prostu mięso obok jajek lub nieco wyżej.

Minęło trochę lat… i zauważono, że chleb, płatki i kasza przyczyniają się do otyłości. Powędrowały więc one wyżej, tym razem ustępując miejsca warzywom.

Mięso jednak wciąż traktowane jest po macoszemu.

nieco_nowsza_piramida_zywieniowa

Ostatnie lata to następny przełom. Coraz więcej badań pokazuje, iż ani wysoka zawartość tłuszczu w diecie, ani też mięsa, nie mają bezpośredniego wpływu na otyłość ani żadną z chorób przewlekłych. Mają go natomiast węglowodany, zwłaszcza te wysoko przetworzone – jak rafinowany cukier i biała mąka. Produktom zbożowym coraz więcej ludzi po prostu dziękuje i czyniąc to ,pozbywają się wielu chorób i niechcianych kilogramów. Tak się składa, że jestem jednym z tych ludzi – i poniższa piramida przedstawia też z grubsza to, co sam jadam:

odwrotna_piramida_zywieniowa

Na diecie takiej bardzo trudno jest przytyć. Jest to dokładnie odwrotny model żywienia do tego, który podawano maluczkim do wierzenia przez ostatnie dziesięciolecia. Do dzisiaj zresztą wciąż większość popularnych serwisów internetowych poświęconych zdrowiu promuje dietę wysokowęglowodanową.

Ale przecież wpływ spożywania różnych grup produktów spożywczych na podstawowe aspekty zdrowotne jest przecież trywialnie prosty do przebadania. Do badań takich nie potrzebna jest znajomość wszystkich reakcji organizmu na poziomie molekularnym. Wystarczy odpowiednia ilość ochotników i obserwacja, jak ich organizmy reagują na to, co jedzą. Poza tym dostęp do informacji jest dzisiaj tak łatwy, jak jeszcze nigdy w historii ludzkości. Jak to zatem jest, że „naukowcy” i „specjaliści” potrafią podawać zupełnie sprzeczne informacje? I – zauważmy – że nie mówimy o kilku publikacjach w jakichś mało znanych magazynych – mówimy o planszach wiszących w dziesiątkach tysięcy szkół i ośrodków zdrowia na całym świecie z niesprawdzonymi i wprowadzającymi w błąd informacjami, które bardzo łatwo można było zweryfikować!

 Dlaczego tak się dzieje?

Odpowiedź może być tylko jedna – niektórym naukowcom musi nie zależeć na dotarciu do prawdy.

Z jakich powodów? Myślę, że i tu sprawdza się genialne porzekadło – jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Dlaczego mielibyśmy założyć, że naukowcy są wolni od chciwości? Jeśli przyjdzie ktoś do marnie zarabiającego naukowca i zaproponuje milion złotych za sfałszowanie wyników badań w jakiejś mało istotnej sprawie, a w dodatku za ten czyn nie groziłaby odpowiedzialność karna… jak brzmiałaby bardzo często naukowca tego odpowiedź?

W latach 70 kilkoro amerykańskich badaczy rozpoczęło badania nad wpływem tkanki chrzęstnej (chrząstki) na rozwój raka. Zauważono, iż wstrzyknięcie jej w tkankę w okolicy rosnącego nowotworu blokowało powstawanie nowych naczyń krwionośnych, tym samym uniemożliwiając rozwój nowotworu. Wyglądało to obiecująco, i oczywiście wymagało mnóstwa badań i wielkiej ilości tkanki chrzęstnej. I tu pojawił się pomysł: rekiny – wielkie zwierzęta, których szkielet jest niej w 100% zbudowany . Świetne źródło materiału do eksperymentów! W mniej więcej tym samym czasie inny naukowiec usiłował wywołać raka u rekinów, podając im duże dawki aflatoksyn B1, które to mają silne właściwości rakotwórcze… i żadnego nowotworu nie stwierdził. Czy jednak badanie wpływu jednej substancji na zaledwie kilku osobników danego gatunku może uzasadnić wniosek „rekiny nie chorują na raka”? Nieco później, oczywiście, liczne badania potwierdziły, że u rekinów jak najbardziej nowotwory również występują.

Zanim jednak opublikowano badania ostatecznie udowadniające, iż rekinów w żaden znany sposób nie można użyć do walki człowieka z rakiem, pojawił się ktoś szczególny… lekarz mający genialną żyłkę do interesów – William Lane. Natychmiast rozpoczął produkcję różnych specyfików pozyskiwanych z chrząstki rekina, opublikował kilka książek i zaistniał w mediach.

shark tale

Wkrótce odebrano mu licencję lekarza, zabroniono głosić fałszywe informacje o sposobach leczenia nowotworów, nałożono karę w wysokości miliona dolarów… ale cóż to dla niego, skoro zarobił wielokrotnie więcej. Swoją pierwszą książkę opublikował w 1992 roku. Piszę to w 2015, i jego firma, LaneLabs [note]http://www.lanelabs.com/[/note], wciąż prężnie działa… i wciąż sprzedaje specyfiki z chrząstki rekina. Z powodu zakazu sądowego nie są one już reklamowane jako zapobiegające nowotworom, ale… opinia publiczna przecież dobrze wie od dawna, od czego one są.

Jaki jest tego wszystkiego rezultat? Poza bogactwem Williama Lane’a, drastycznie zmniejszona populacja rekinów. I zawiedzione nadzieje mnóstwa ludzi.

Pieniądze deprawują. I naukowcy nie są od tego wolni.

Jak to jest jednak możliwe, że wciąż powszechna jest wiara w coś, co ponad wszelką wątpliwość zostało udowodnione, że jest fałszywe? Akurat w kwestii walki z nowotworami myślę, że powód jest prosty – ludzie potrzebują nadziei. Jeśli nie znajdą nadziei mającej racjonalne podstawy, chwycą się czegokolwiek. Rak jest wciąż jedną z największych tragedii na świecie i miliony ludzi widzą odchodzących bliskich w sile wieku, którym w żaden sposób nie można pomóc.

Powyższe przykłady pokazują, iż fakt, że coś jest powszechnie akceptowane, wcale nie musi oznaczać, iż jest to prawdziwe. Odnosi się to zarówno do środowisk naukowych, jak i wszystkich innych. Jedni naukowcy przeczą innym; coś, czego uczymy dzieci dzisiaj, może okazać się nieprawdą jutro. Stare dzieje! Wszyscy od czasu do czasu się mylimy, ale gdy poznajemy nowe fakty, zmieniamy przekonania i idziemy dalej. A przynajmniej tak by było, gdyby ludzie działali tylko na płaszczyźnie racjonalnej. Tak jednak niestety nie jest. Nie jesteśmy komputerami.

Nadmierne emocje uniemożliwiają logiczne rozumowanie. Potrafimy rozmawiać logicznie, z rzeczową wymianą argumentów… lecz kiedy pojawia się wątek religii, zaczynają pojawiać się inwektywy, i cała miła atmosfera pryska. Nic nowego. Poczytajmy historie Giordano Bruno, Galileusza lub Kopernika (z których, wbrew kolejnemu mitowi, tylko pierwszy był spalony na stosie), tam żaden z sędziów nie zadał sobie trudu, by sprawdzić teorie naukowe, choć kwestia położenia Słońca i Ziemi nie miała z religią nic wspólnego. Próba podważenia bzdurnych dogmatów o budowie Układu Słonecznego powodowała takie kłótnie, że na żadne argumenty nie pozostawało miejsca.

Przez wiele lat obecności na najróżniejszych forach dyskusyjnych obserwowałem, jak wielkie emocje wzbudza cokolwiek mającego choć odległy związek z religią.Nie widziałem nigdzie w Internecie dysksusji o teorii ewolucji, gdzie nie byłoby słowa „idiota”. Możesz mieć inne opinie na temat ufoludków lub dostępności pozyskiwania energii z wody – każdy je szanuje i daje ci prawo do ich wyrażania – ale jeśli masz inne zdanie w temacie ewolucji, to… jesteś idiotą. Osobiście zupełnie nie widzę żadnego związku między religią a ewolucją, ale powszechny jest pogląd, że odrzucając ewolucję trzeba wierzyć, iż wszystko stworzył Bóg; podczas gdy odrzucając Boga trzeba dojść do teorii ewolucji. Ludzie dowiedli, iż potrafią wierzyć we wszystko, jeśli tylko im się to odpowiednio poda. Niedawno przeczytałem, iż 10% Amerykanów nie wierzy, iż ich rodacy wylądowali na Księżycu. Istnieją natomiast zrzeszające tysiące członków Towarzystwo Płaskiej Ziemi (Flat Earth Society). Tak, oni naprawdę nie wierzą, że Ziemia jest kulista. [note]http://www.tfes.org/[/note]

O wojnie ewolucja kontra kreacjonizm jednak pisać nie będę, jako że istnieje mnóstwo książek, witryn i for dyskusyjnych, gdzie temat jest wałkowany dzień w dzień. Chciałbym natomiast skupić się na innym temacie, który pozornie nie ma nic wspólnego z religią.

 Teoria względności Alberta Einsteina.

Wyraz „Einstein” funkcjonuje dzisiaj jako synonim geniusza. Być może dlatego znakomita większość ludzkości spędza całe życie bez zamartwiania się tym, że nie rozumie tego, z czego Einstein jest najbardziej znany – teorii względności (TW). Nadmienię tutaj, że ilekroć będę odnosić się do TW, będę miał na myśli wyłącznie szczególną, nie ogólną teorię wzlędności.

einstein

Jakże przecież my, Misie O Małych Rozumkach, możemy aspirować do rozumienia tworu geniusza? Jest to często powtarzana obiegowa opinia, jednak tak naprawdę zrozumienie założeń TW nie jest wcale trudne. Ale o tym za chwilę.

Wyżej wspominam, iż nie widzę żadnego związku między religią a teorią ewolucji. To nieprawda, że Biblia przeczy ewolucji, gdyż Biblia nie precyzuje, czy akt stwórczy trwał sekundę czy milion lat i w jaki dokładnie sposób to stwarzanie się odbywało. Ci z naukowców, którzy teorię ewolucji odrzucają, odrzucają ją nie dlatego, że Biblia im każe, ale dlatego, że znajdują w niej luki niemożliwe do wytłumaczenia. Bardzo poważny związek widzę natomiast między religią a TW. I religia, i TW, ma dogmaty. Dogmaty – czyli rzeczy podawane do wierzenia, które nie wymagają uzasadnienia.

Dogmaty różnych religii są rozmaite i często wzajemnie sobie przeczą, ale jeden dogmat jest wspólny – dogmat o istnieniu Boga – lub bogów. TW również ma różne dogmaty, ale jeden z nich jest najważniejszy.

Dogmat o stałej prędkości światła.

TW głosi, iż światło, niezależnie od położenia i prędkości obserwatora, będzie miało zawsze taką samą prędkość. Nieważne czy poruszać się będę w tym samym kierunku, co promień światła, lub w przeciwnym, bądź w ogóle – zawsze zmierzę tę samą prędkość. Z obliczeń TW wynika również, iż niemożliwe jest jej przekroczenie – prędkość światła jest prędkością absolutnie maksymalną we wszechświecie.

Nie zajmując się jeszcze kwestią, czy dogmat ów jest prawdziwy czy nie, zauważmy, że dogmat ten przeczy zdrowemu rozsądkowi. Załóżmy, że jestem w poruszającym się autobusie, w którym oprócz mnie jest tylko jeszcze jeden pasażer. Ja siedzę na początku autobusu, on na jego końcu. W pewnym momencie pasażer ów wstaje i idzie w moim kierunku. Idzie tempem spacerowym, powiedzmy – 5 km/h. Autobus porusza się natomiast 60 km/h.

Z jaką prędkością będzie mnie się wydawało, iż pasażer idzie? A jaką prędkość pasażera zmierzy ktoś stojący na ulicy? I co zobaczy kierowca samochodu osobowego wyprzedzającego autobus, jeśli samochód ten będzie jechał z prędkością 65 km/h?

To bardzo proste. Prędkość pasażera zmierzona przeze mnie wynosić będzie 5 km/h, osoby z ulicy – 65 km/h, a kierowcy wymijającego autobus – 0 km/h.

Co się jednak dzieje, jeśli nadamy naszemu sympatycznemu pasażerowi nazwisko Światło?

Wtedy – zgodnie z dogmatem – prędkość zmierzona przeze mnie będzie wynosić miliard km/h, zmierzona przez osobę z ulicy – miliard km/h, a osoby z wymijącego nas samochodu – również miliard km/h (tak, prędkość światła – 300 000 km/s to nieco ponad miliard kilometrów na godzinę).

Weźmy przykład z rzeczywistym użyciem światła: jeżeli na rakiecie lecącej z prędkością światła ktoś zapaliłby latarkę, świecąc jej promieniem w kierunku lotu, obserwator zewnętrzny według TW zauważyłby, że promień tej latarki nie poleciałby zgodnie z logiką dwa razy szybciej od światła, ale również z prędkością światła. Czy zatem pilot tej rakiety widziałby ten promień światła z latarki stojący w miejscu obok latarki? Nie jest to możliwe, gdyż przecież każdy obserwator musi widzieć światło poruszające się z tą samą prędkością. Ten pilot również widziałby, że promień światła wystrzelił z… prędkością światła. Skoro latarkę skierował w kierunku ruchu rakiety, widział, jak promień wyprzedza rakietę, bo przecież światło pokonało długość rakiety w kilka nanosekund, i jaka siła kazała by mu zatrzymać się magicznie na jej końcu? No właśnie! Niemożliwe jest, aby osoba czekająca w punkcie docelowym mogła to zaobserwować, bo zakładałoby to, że osoba ta zobaczyłaby promień światła zanim zobaczy samą rakietę, a więc promień ten poruszałby się szybciej, niż rakieta, a przecież… dogmat TW mówi, iż to niemożliwe.

 (Zgadzam się, że powyższy akapit jest niezwykle zagmatwany i może wymagać wielokrotnego przeczytania, ale zachęcam do wysiłku, gdyż jego zrozumienie jest niezbędne, aby pojąć istotę tego problemu).

Jesteśmy troszkę w punkcie bez wyjścia. Promień światła z latarki nie może jednocześnie opuścić rakietę (według jej pilota) i jej nie opuścić (według obserwatora zewnętrznego). Jest to urągająca logice sprzeczność, niemniej fizycy się tym nie przejmują. Zapisując mnóstwo stron skomplikowanymi obliczeniami udowadniają, iż niemożliwe bywa możliwe, tylko tylko że… do jednego absurdu musimy dołożyć jeszcze kilka. A zwłaszcza dwa. Dylatacja czasu i transformacja Lorentza.

 

Teoria dylatacji czasu głosi, iż im szybciej się poruszamy, tym czas płynie wolniej. Jeżeli mój brat bliźniak wyruszyłby w trwającą wiele lat podróż z ogromną prędkością, to po powrocie będzie o kilka lat młodszy ode mnie. Tranformacja Lorentza natomiast (konkretniej chodzi o tzw. skrócenie Lorentza – Fitzgeralda), zwana również w skrócie kontrakcją, mówi nam, iż im szybciej ciało się porusza, tym robi się… krótsze w kierunku ruchu. Przykładowo – jeżeli mam 180 cm wzrostu, to leżąc głową w kierunku ruchu w rakiecie poruszającej się z prędkością wynoszącą 87% prędkości światła, mój wzrost wynosiłby 90 cm. Nie wiem, jak zareagowałyby moje organy na coś takiego. Fizycy jednak nie będą tracić czasu na taką błachostkę.

 Te trzy dogmaty – stała prędkość światła, dylatacja czasu i kontrakcja – są ze sobą nierozerwalnie złączone w TW, to znaczy obalenie dowolnej z nich obala pozostałe – i w rezultacie – całą TW. Wszystkie trzy również… przeczą logice i doświadczeniu. Czy jednak fakt, że coś nam się wydaje nielogiczne, przeświadcza o nieprawdziwości tego czegoś? Oczywiście, że nie. Logika może zawieść, gdyż opiera się na znajomości faktów, a ta może być niedoskonała. W przypadku TW jednak trochę trudno mówić o faktach, gdyż fakty są tylko wtedy bezsporne, gdy każdy może je z łatwością zaobserwować, a prawdziwości TW nie sposób zaobserwować, bowiem wszystkie te arcyciekawe zjawiska dopiero pojawiają się w dostrzegalny sposób przy prędkościach zbliżonych do prędkości światła, a nam do tego bardzo daleko. Najszybszy zbudowany przez człowieka pojazd poruszał się z prędkością nieco ponad 16 km/s (pojazdy z ludźmi) i 70 km/s (bezzałogowe). 70 km/s brzmi imponująco, ale wciąż blado przy 300 000 km/h. Osiągnęliśmy zaledwie 0.0002 prędkości światła. Dlatego cała ta teoria istnieje tylko na papierze. Przykładami, które rzekomo teorię tę udowadniają w praktyce, zajmę się za moment.

Fizykom jednak do szczęścia nie jest potrzebne ani obserwowanie TW w praktyce, ani nawet jakiekolwiek inne jej udowodnienie. Obecnie wiodącą metodą udowadniania teorii naukowych jest tak zwana weryfikowalność. Krótko mówiąć – teorię uznaje się za prawdziwą tak długo, jak nikt nie udowodni, iż jest fałszywa. Jeśli zatem poprosimy fizyków o wytłumaczenie TW, mogą nam pokazać kilkadziesiąt stron pokrytych wzorami, których tylko garstka ludzi na świecie potrafi zrozumieć. Jeżeli jednak poprosimy o dowód doświadczalne, wzruszą ramionami. Nie muszą nic udowadniać.

Teraz zaczyna się najciekawsze.

W literaturze popularnonaukowej podaje się kilka przykładów „praktycznego zastosowania teorii względności”, i doprawdy zabawnym faktem jest to, że wszystkie wynikają z zupełnego niezrozumienia tematu i opierają się nie na nauce, a na wymyślonych historyjkach.

Zajmijmy się kilkoma najczęściej wymienianymi.

GPS

Jest to zdecydowanie najpopularniejszy przykład. Utrzymuje się, że gdyby w systemie nawigacji GPS nie zastosowano poprawek, obliczanych dzięki TW, błąd GPS codziennie rósł by o kilkanaście kilometrów, ponieważ prędkość satelitów GPS – choć wciąż niewielka w porównaniu do prędkości światła – jest jednak na tyle duża, iż trzeba ją brać pod uwagę jako że zachodzi na nich dylatacja czasu w stosunku do odbiornika GPS na ziemi. Po zastosowaniu obliczeń TW i założeniu, że satelity GPS poruszają się względem odbiorników GPS na ziemi, otrzymalibyśmy różnicę 38 mikrosekund na dobę, a że w ciągu 38 mikrosekund światło przebywa 11 km.

gps-logic

Krótko mówiąc – jest to wierutne kłamstwo i tylko osoby znające technologię GPS bardzo powierzchownie mogą się na nie nabrać.

Jakikolwiek sens takie rozumowanie miałoby tylko wtedy, gdyby na satelitach – oraz na odbiorniku GPS na ziemi – zainstalowano zegary atomowe – i przy obliczeniach pozycji brałoby się pod uwagę różnicę ich wskazań. Ponad wszelką wątpliwość jednak w malutkich odbiornikach GPS zainstalowanych w samochodzie lub telefonie komórkowym nie ma zegarów atomowych! Niedawno co prawda słyszałem o wyprodukowaniu zegara atomowego niewielkich rozmiarów, jednak w czasach, kiedy te historie powstawały, zegary atomowe miały rozmiar sporych szafek i konsumowały tysiące razy więcej energii niż pozwalają na to możliwości współczesnych urządzeń przenośnych.

Zegary atomowe są wyłącznie instalowane na satelitach, a i tak nie polega się do końca na ich dokładności i są one sychronizowane ze sobą wiele razy każdego dnia. Odbiorniki GPS otrzymują jedynie informację o czasie wysłania sygnału, więc nie ma absolutnie żadnego znaczenia, czy satelity się względem odbiornika poruszają, czy nie. Reasumując – technologia GPS ani nie potwierdza, ani nie zaprzecza TW! Słyszałem też historie, jakoby GPS po zbudowaniu nie działało jak trzeba do czasu, gdy naukowcy wpadli na pomysł, „No tak, zapomnieliśmy o TW” – i wszystko nagle zaczęło działać. Nigdy jednak nie udało mi się znaleźć źródeł tych informacji. Papier wszystko przyjmie.

Proponuję też poszukać w Internecie argumentów, których użył nie kto inny a Ronald R. Hatch, prezes i współzałożyciel firmy Systemy Nawigacyjne i dyrektor Instytutu Nawigacji, gdyż uważa on, że TW nie tyle umożliwa działanie GPS, ale wręcz – gdyby była prawdziwa – by je uniemożliwiała. Tak naprawdę nawet fizycy znający TW wiedzą doskonale, że nie ma ona nic wspólnego z GPS, to bajka wymyślona przez jakiegoś pseudonaukowca powtarzana przez miliony.

Miony

Wyobraźmy sobie, że naukowcy odkryli na księżycu nowy rodzaj istot żywych. Nazwijmy ich mionkami. Są zbudowane zupełnie inaczej niż wszystkie znane ziemskie zwierzęta i ich zachowanie jest również odmienne. Natychmiast po urodzeniu zaczynają lecieć z prędkością 100 km/h, nigdy nie zmieniając kierunku. A ich życie wynosi dokładnie 10 dni.

beta-minus-decay

Po jakimś czasie naukowcy znajdują mionki również na ziemi! Ale jak to możliwe? Dotychczas naukowcy byli pewni, że mionki są w stanie rodzić się i żyć wyłącznie na księżycu. A skoro są w ciągu życia w stanie przebyć tylko 10 razy 100 = 1000 km, nie mogły dotrzeć tu z księżyca, okrążającego ziemię z odległości prawie 400 razy większej.

Możliwe rozwiązania tej zagadki:

  1. Mionki żyją jednak również także na ziemi. Naukowcy się mylili.
  2. Na księżycu rodzą się również inne mionki, które mogą podróżować znacznie szybciej.
  3. Na księżyciu rodzą się również inne mionki, które mogą żyć o wiele dłużej niż 10 dni, więc mogły dotrzeć na ziemię.
  4. W czasie pierwotnych obserwacji mionków zepsuły się przyrządy i dane na temat ich prędkości lub czasu życia są niepoprawne.
  5. W czasie podróży z księżyca na ziemię czas stanął w miejscu, odległość się skurczyła, i dlatego mionki mogły dotrzeć na ziemię.

Proszę teraz o uważne przeczytanie powyższych punktów i wybranie najbardziej sensownej odpowiedzi.

Na tysiąc zapytanych ludzi, 999 wybierze jeden z pierwszych trzech punktów. Ta jedna z tysiąca będzie fizykiem.

A teraz naukowo – miony (nie mionki, ale mionki brzmią sympatyczniej, czyż nie?) to nie żyjątka, miony to cząstki elementarne z kategorii leptonów (bardziej znane leptony to m.in. elektrony i neutrino). Miony tworzą się głównie podczas bombardowania górnych części atmosfery promieniowaniem kosmicznym. Ich okres połowicznego zaniku wynosi około 2 mikrosekund, to znaczy ich ilość co 2 mikrosekundy powinna maleć o połowę.

Przeprowadzono liczne doświadczenia w których badano ilość mionów na szczycie góry i u jej podnóża. Różnica wysokości wynosiła 1,9 km. Badano miony o prędkości bardzo zbliżonej do prędkości światła (0.995 c). Przy tej prędkości mionom zajmuje około 6 mikrosekund, aby przebyć tę odległość. Jeżeli naliczymy przykładowo 100 mionów na szczycie tej góry, na dole ich ilość według teorii zmniejszy się trzykrotnie o połowę, czyli ze 100 do 50, dalej do 25 i 12 1/2. . Czyli na dole powinno dolecieć 12-13 mionów.

Doświadczenia jednak wykazują, iż dolatuje 80 procent mionów. Po obliczeniach wychodzi, iż w takim razie okres połowicznego zaniku mionów wynosi około 20 mikrosekund – 10 raz więcej niż wcześniej było obliczone – a tak się składa, że obliczenia TW wykazują, iż przy prędkości 0.995 c czas powinien wydłużyć się dziesięciokrotnie. Czyż nie udowadnia to niemal idealnie precyzyjnie, iż TW jest prawdziwa?

Analogicznie do przykładu z mionkami – oczywiście, możemy przyznać, iż udowadnia, jeśli z mnóstwa możliwych wytłumaczeń wybierzemy te najmniej logiczne.

Skąd w ogóle wiadomo, że to miony się poruszają? W myśl teorii względności wszystko przecież zalezy od układu odniesienia, od obserwatora. Może to miony stoją w miejscu a ziemia się porusza? Wiemy przecież, że zarówno ziemia, jak i cały układ słoneczny i galaktyka się poruszają z zawrotnymi prędkościami? Jeżeli to miony stoją w miejscu, to ich czas powinien płynąć szybciej, a nie wolniej?

A może czas połowicznego rozpadu jest poprawnie obliczony, ale miony są po prostu… (miłośnicy TW – proszę zatkać uszy) – szybsze niż światło? No tak, to niestety niemożliwe, bo tak głosi TW.Niemożliwością też jest, aby zmierzona prędkość rozchodzenia się fal radiowych pulsarów była większa od prędkości światła… [note]http://www.neoseeker.com/news/12841-fasterthanlight-pulsar-radio-waves-found/][/note], choć… ją właśnie tak zmierzono.

Skąd w ogóle wiemy, jaka może być prędkość lub czas połowicznego zaniku mionów? Otóż obliczenia pochodzą z akceleratorów, gdzie powstające miony mogą przecież mieć inne właściwości niż te, które powstają na wysokości 16 km. Wiadomo na pewno, że te powstające w atmosferze mają o wiele większą energię. Może to jakoś wpływa na ich czas połowicznego zaniku? Może dzięki temu są nawet szybsze niż światło… oczywiście o ile by to mogło być możliwe 🙂  Nikt tego nie roztrzygnął. Badania cząstek elementarnych nie moga się odbywać w sposób bezpośredni – wytworzona przez nas aparatura nie jest w stanie cząstek tych zobaczyć, możemy tylko badać efekty, które one wywołują. Nigdy żadnego wyniku nie można stwierdzić ze 100% pewnością.

Podsumowując temat mionów – zbyt duża ilość ich przy powierzchni ziemi może być wyjaśniona na wiele sposobów, z których TW jest sposobem najmniej intuicyjnym i najmniej logicznym.

Zegary na pokładzie samolotu

W 1971 Amerykanie fizyk Joseph Hafele i astronom Richard Keating umieścili 4 bardzo dokładne zegary cezowe na pokładach samolotów, które następnie okrążyły kulę ziemską w różnych kierunkach. Jak możemy dzisiaj wyczytać w większości książek o fizyce, założyli oni, iż zegary lecące na wschód powinny stracić 40 nanosekund a te lecące na zachód – 275 nanosekund. Oficjalnie podane wyniki okazały się niemal idealnie dokładne – te pierwsze straciły 59 zamiast 40 nanosekund, te drugie – zyskały nie 275 nanosekund zamiast spodziewanych 273.

No i debata zamknięta, czyż nie? Tak wspaniała dokładność danych wykazuje niezbicie, iż wyliczenia TW są poprawne i dylatacja czasu odbywa się zgodnie z przewidywaniami.

Niestety. Wyniki tych badań zostały sfałszowane i fakt, iż bardzo trudno znaleźć o tym informacje, jest dowodem na swojego rodzaju inkwizycję panującą w nauce. Przecież sfałszowanie wyników przez twórców tego ekseperymentu wcale nie dowodziło fałszywości teorii! Należałoby po prostu powtórzyć eksperyment, co przy postępie technologii dzisiaj powinno być o wiele łatwiejsze. [note]W Wikipedii znalazłem opisy powtórzeń eksperymentu z podobno fantastycznie dokładnymi wynikami, o dziwo jednak nie udało mi się nigdzie znaleźć opublikowanych wyników z tych eksperymentów – http://en.wikipedia.org/wiki/Hafele–Keating_experiment#Repetitions [/note]

Udało mi się znaleźć szczegółowe dane z tych eksperymentów. Przykładowo pierwszy z zegarów, mających kod 408, miał zgodnie z TW utracić 59 nanosekund, podczas gdy w rzeczywistości zyskał 165 nanosekund. Wszystkie dane można znaleźć m.in. tutaj: http://www.debate.org/debates/The-Hafele-Keating-Experiment-Supports-Special-Relativity/1/

Hafele i Keating niestety zmanipulowali danymi. Nikt na 100% dzisiaj nie powie, na ile było to celowe oszustwo, na ile nie; jeżeli naukowiec jest bardzo mocno przekonany, że zegar powinien coś pokazać, a pokazuje coś zupełnie innego, może zawsze dojść do szczerego przekonania, iż zegar ten jest zepsuty, i go wyrzucić, biorąc dane z innego zegara. Nawet jeśli okaże się, że 80% zegarów jest zepsutych. Co w 1971 roku nie byłoby tak naprawdę dziwne.

Ciekawe natomiast też to, że nawet, jeśli dane z zegarów okazałyby się zgodne z TW, nie byłoby to też w pełni dowodem na dylatację czasu, gdyż założenie, iż zegary cezowe są tak samo dokładne niezależnie od różnych czynników związanych z podrózą samolotem, są jedynie pobożnym życzeniem. Dokładność tych zegarów udowodniono jedynie na ziemi, w warunkach stacjonarnych. Ich ilość w eksperymencie również pozostawia sporo do życzenia – czy zgodziłby się ktoś na leczenie specyfikiem, który przebadano by zaledwie na czwórce ochotników?

* * *

Oto trzy najpopularniejsze „dowody” na poprawność TW. Jak widać, nie są to żadne dowody. W chwili obecnej nie dysponujemy sprzętem, który w łatwy sposób potrafiłby obalić lub udowodnić TW, jako że przy prędkościach, które uzyskujemy, dokładność naszej aparatury pomiarowej nie jest na tyle duża, aby tego dokonać.

Prawda jest taka, że zdecydowana większość fizyków uważa, iż TW jest prawdziwa, ale wielu też wie, że to nie jest ostatnie słowo, jakie fizyka ma do powiedzenia na temat świata i zależności między prędkością, grawitacją, polem elektromagnetycznym i innymi zjawiskami lub wielkościami fizycznymi. Nikt nie wie do końca, ilu fizyków w TW nie wierzy zupełnie, jednak tacy istnieją. Tak, jak mechanika Newtona okazała się niedoskonała i Einstein potrafił więcej rzeczy wytłumaczyć swoją teorią, przeczącą w niektórych miejscach newtonowej, tak samo jutro może ktoś się pojawić, kto wyłoży nową teorię, która zaprzeczy w wielu miejscom TW. Fizycy kłócą się nieustannie i czasami cienie tych dyskusji są publikowane w literaturze popularnonaukowej… jednak dzieje się to rzadko. Fizykom zależy na tym, aby traktowano ich śmiertelnie poważnie, gdyż im ważniejsza jest ich praca, tym większą mają szansę na dotacje. Smutne jest tylko to, iż w sztuce tego oszustwa są tak dobrzy, że ich teorii uczy się w szkołach jako pewników. Czy w którejkolwiek szkole uczy się przykładowo, że mechanika kwantowa jest również nieudowodnioną teorią? Teorią, dodam, której niedociągnięcia widział nie kto inny, a sam Einstein, i która zdaniem przynajmniej niektórych fizyków nie może współistnieć z TW?

Z niezwykłym zainteresowaniem śledziłem wypowiedzi prasowe w 2011 roku. Otóż Europejska Organizacja Badań Jądrowych (CERN) podała, iż zmierzona prędkość cząstek neutrino w eksperymencie „Opera” okazała się szybsza niż światło. Neutrino miało pokonać odległość 760 km i jeśliby osiągnęłoby prędkość światła, trwałoby to dwie tysięczne sekundy (2 milisekundy). Okazało się, że przybyło ciut wcześniej – zaledwie o 60 miliardowych sekundy (o 60 nanosekund), więc nie jest to wiele – jednak o wiele więcej, niż zakładany błąd pomiarowy.

Wiele miesięcy później CERN podała, iż obliczenia były błędne i ich powodem było złe zamocowanie jednego z kabli podłączonych do komputerów. Czy to prawda, czy nie, i dlaczeto tak długo zajęło wykrycie błędu – tego nie wiem i nie chcę spekulować – najciekawsza jest jednak reakcja środowisk naukowych.

Reakcja opinii publicznej była prosta do przewidzenia – no tak, więc jednak prędkość światła nie jest maksymalną prędkością we wszechświecie. Naukowcy się mylili. Nie pierwszy raz, nie ostatni.

Po środowiskach naukowych jednak spodziewałbym się czegoś zupełnie innego, skoro TW jest powszechnie akceptowana. Tak naprawdę nie zdziwiłoby mnie, gdyby CERN w ogóle nie podała wyników tych badań do wiadomości, tylko intensywnie zaczęła poszukiwać źródła pomyłki. Zrozumiałbym też, gdyby po podaniu wyników pomiarów całe środowisko naukowe orzekłoby – to oczywista pomyłka, nie ma czego komentować, poczekamy, aż pomyłkę się wykryje i usunie.

 Tak się jednak nie stało.

Owszem, większa część naukowców odniosła się do tych wyników sceptycznie. Ale nie wszyscy. Wielu proponowało inne rozwiązania, w tym i takie, które zmieniają lub rozszerzają TW – krótko mówiąc – które jej obecne postulaty uznają za nieprawdziwe. [note]http://www.nu.to.infn.it/SuperLuminal_Neutrino/#8[/note]

Reakcja ta pokazuje niezbicie, iż to wcale nie jest prawda, jakoby TW była jednogłośnie przyjęta w świecie naukowym. Dogmat o niemożliwości przekroczenia prędkości światła nie jest co prawda najważniejszy w teoretycznych rozważaniach TW, jest jednak niezbędny przy jej obliczeniach. Według nich bowiem masa obiektu rośnie do nieskończoności zbliżając się do prędkości światła, a nie może istnieć masa większa od nieskończoności.

Po co w ogóle napisałem ten artykuł? Nie jestem fizykiem. I jeżeli miałoby do tego zależeć moje życie, nie upierałbym się przy tym, że TW jest błędna. Głównym polem moich badań jest religia i metody masowej manipulacji ludźmi. Moim celem było wykazanie istotnej analogii manipulacji społeczeństwem religii i nauki. Zarówno biskup jak i naukowiec w niektórych momentach każą sobie wierzyć na słowo, obaj oburzą się i zareagują emocjonalnie, kiedy podważy się ich dogmaty, i obaj z ogromną trudnością przyznają się do błędów.

Zachęcam do przeczytania książki Herberta Dingle’a „Science at the Crossroads”. Herbert Dingle był cenionym fizykiem. Był m.in. prezesem brytyjskiego Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego. W pewnym okresie życia zaczął dostrzegać rażące wewnętrzne sprzeczności w TW, i nikt nie mógł mu ich wyjaśnić. Pisał liczne listy do różnych czasopism naukowych, prosząc specjalistów od TW o komentarz… i prawie nigdy nie doczekiwał się nawet odpowiedzi. Swoją historię zawarł w powyższej książce.

TW w wielu aspektach zupełnie urąga logice i jest absolutnie nieweryfikowalna, jednak jest na tyle zagmatwana, iż niewielu ludzi ma wystarczającą wiedzę, by w sposób absolutnie naukowy ją podważyć. Tacy ludzie jednak istnieją. Oprócz TW istnieje mnóstwo innych teorii, które podaje się maluczkim do wierzenia, choć są jedynie spekulacjami. Pochodzenie życia. Pochodzenie materii. Z czego naprawdę składa się jądro ziemi. Budowa planet. Wspomniana wyżej mechanika kwantowa. W tych wszystkich dziedzinach tak naprawdę nauka nie posiada żadnej wiedzy, a jedynie mnóstwo spekulacji, jednak z pewnych powodów spekulacji tych naucza się w szkołach i nadaje im miano FAKTÓW.

To, że wszyscy naukowcy coś mówią, nie jest jeszcze dowodem, że to jest prawda. Tak samo jeśli jest to nauczanie jakiegoś Kościoła, niezależnie od tego, iloma latami historii i tradycji Kościół ten się podpiera. Mamy prawo do własnego myślenia i poiwnniśmy uciekać ilekroć ktoś próbuje nam to prawo zabrać lub gdy obraża nas tylko za to, że mamy inne zdanie na jakiś temat, jakikolwiek oczywisty ten temat mógłby się dla kogoś nie zdawać.

Zanim zakończę ten artykuł, pozwolę sobie jeszcze na dokończenie tematu fałszywych twierdzeń, które wymieniłem we wstępie, bo wiem, że dla niektórych mogła to być najciekawsza część.

Napoleon Bonaparte nie był bardzo niskim człowiekiem. Nie był też bardzo wysokim. Mierzył 168 cm. Obiegowa opinia bierze się stąd, iż ktoś mylnie nie przełożył francuskich miar długości na amerykańskie (stosowane też w większości innych krajów). Po śmierci zmierzono ciało Napoleona, że miało 5 stóp i 2 cale. Według miar amerykańskich to 157 cm, ale według francuskich – 168 cm. To wciąż wydaje się niewiele w porównaniu do średniego wzrostu Europejczyków, ale średnią wysokością mężczyzn we Francji wtedy było 165 cm, czyli Napoleon mógł być nazwany osobą dość wysoką.

eartf_from_space_night

Wielki Mur w Chinach nie jest widoczny z kosmosu. Jest widoczny z najniższych orbit satelitów, ale to jeszcze nie kosmos. Z orbit tych widać też autostrady, mosty czy lotniska. Istnieją natomiast inne ludzkie dzieła widoczne z kosmosu. Najważniejszy tu jest kontrast z otoczeniem – im mniejszy, tym trudniej coś dostrzec z dużych wysokości. Wielki Mur jest w dużej części podniszczony, brudny, i nie stanowi wielkiego kontrastu z otoczeniem.

Najlepiej widocznymi z kosmosu budowlami są: zespół 200 km2 szklarni w hiszpańskiej Almerii, budynek parlamentu w Rumunii i kopalnia miedzi Kennecott w USA.

Ptaki nie porzucą dotkniętych przez człowieka piskląt ponieważ nie mają wystarczająco dobrego węchu. Mit ten wziął się prawdopodobnie stąd, że niektórzy próbowali włożyć z powrotem do gniazd pisklęta, które z nich wypadły, podczas gdy mogłyby one być celowo wyrzucone przez ptaka, choć to rzadkie – zdarza się jednak, gdy pisklęta są bardzo chore,lub gdy brak wystarczającej ilości pokarmu dla wszystkich. Czasami matki wyrzucają pisklęta gdy nadchodzi czas, by uczyły się latać. Gdy widzimy pisklę na trawie, zwłaszcza jeśli nie ma ono jeszcze piór, być może wypadło przypadkiem i możemy je spróbować włożyć z powrotem do gniazda bez obaw, iż matka je przez to odrzuci.

Czy mamy pięć zmysłów? Jeśli byśmy mieli pięć, bylibyśmy bardzo upośledzeni. Wymieńmy nasze najważniejsze zmysły. Pięć najczęściej znanych spisał już Arystoteles – wzrok, słuch, smak, węch i dotyk. Ale nauka posunęła się „nieco” od jego czasów. Mniej znane dodatkowe cztery to zmysł temperatury, równowagi, nocycepcja (odczywanie bólu) i propriocepcja (odczuwanie, gdzie znajdują się w danej chwili poszczególne części naszego ciała, nawet jeśli ich w danej chwili nie widzimy). Dzisiaj też wiadomo, iż odczuwanie nacisku, poczucie łaskotania, napięcia mięśniowego lub głodu odbywa się w dedykowanych receptorach i również zasługuje to wszystko na miano zmysłu.

Pasy cnoty nie służyły oryginalnie zapobieganiu zdradom, a jedynie… masturbacji.

Drobna moneta rzucona z wysokiego budynku nie przebije nikomu głowy. Może osiągnąć około 200 km/h; osiągnięcie większych prędkości jest niemożliwe z uwagi na tarcie powietrza. Twórcy Myth Busters próbowali przebić głowę zrobioną z żelu monetą wystrzeloną z trzykrotnie wyższą szybkością – i też się to nie powiodło. Zarówno prędkość jak i specyficzny kształt monety nie pozwolą jej na uszkodzenie ludzkie głowy.

Włosy i paznokcie przestają rosnąć w momencie śmierci człowieka, tak samo jak i wszystkie jego tkanki i organy. Często jednak widać odrastające, niepomalowane części paznokcia, jednak widać je, ponieważ skóra na palcach, tracąc wodę, obkurcza się, odsłaniając normalnie niewidoczne części paznokcia.

Takich mitów fukcjonuje mnóstwo – w życiu codziennym, w religiach i w nauce. Każdy z nas powtarza niektóre z nich i nie ma w tym nic złego, o ile tylko mity te nie będą pogarszały jakości czyjegoś życia. Nie czyniły nas nieszczęśliwymi. A człowiek powinien dążyć do bycia szczęśliwym z jak najbardziej altruistycznego powodu – nie będąc szczęśliwym jesteśmy najczęściej przykrymi dla innych i niezdolni do niesienia im pomocy.

A man offers a rose to a woman to mark International Women's Day in Belgrade

Otwórzmy oczy! Pomyślmy zanim się odezwiemy! Analizujmy zwłaszcza te z naszych przekonań, które uprzykrzają życie – nam lub innym. Może okazać się, że problem leży nie w nas lub w kimś innym, a jedynie w błędnym myśleniu, a jego naprawienie zaowocuje nowym, szczęśliwym życiem.

Pewność Zbawienia

diabel-niebo-pieklo-aniol
Zbawić, zbawiony, zbawienie – te słowa są jednymi z najczęściej używanych przez chrześcijan. Tak często, że nikt nie kwestionuje, co one oznaczają. Przez wiele lat aktywnego uczestnictwa w wielu wspólnotach chrześcijańskich – zarówno katolickich jak i protestanckich – słyszałem mnóstwo pytań typu „kto może być zbawiony” albo „czy można utracić zbawienie”, podczas gdy nikt nie spytał „co to znaczy zbawiony?” lub „co to jest zbawienie?”.

Dlaczego???

Nikt nie pytał… ja też nie! Przez wiele lat przynależności do różnych grup chrześcijańskich, setek studiów biblijnych i rozmów, nigdy nie przyszło mi do głowy dociekać czym jest zbawienie. Chyba sądziłem, że to proste pytanie, i odpowiedź na nie zna każdy. Czy naprawdę?

A zadanie tego pytania mogło by zmienić moje życie wiele lat temu.

 Co to jest zbawienie?

Odpowiedź religii – zbawienie to ułaskawienie od pójścia na wieczne męki do piekła.

happy_devil

A ja spytam – czy Biblia gdziekolwiek mówi coś takiego?

Czy ktokolwiek może mi pokazać jeden, jedyny werset, który to mówi?

 Nie.

W Biblii, wyraz tłumaczony jako „zbawienie” to grecki wyraz soteria) lub hebrajski jeszua (brzmi znajomo?). Czasownik „zbawić” z kolei to grecki wyraz sozo lub hebrajski jasza. W sumie słowa te występują w Biblii około 500 razy – jeszua/jasza w Starym Testamencie 300 razy i soteria/sozo 200 razy w Nowym.

Mają wiele sporadycznie używanych znaczeń (wyrazy w greckim i – zwłaszcza – w hebrajskim – mają zazwyczaj mnóstwo znaczeń), ale wszystkie słowniki są zgodne, że w przygniatającej większości przypadków, powinno się je tłumaczyć bądź to „ratować” lub „uzdrawiać„.

Tak! Uzdrowienie nie jest w Biblii prawie wcale używane w „uduchowiony” sposób i tam, gdzie się pojawia, w kontekście jest najczęściej konkretna choroba.

jesus_healing

Poniżej na czerwono zaznaczam wyrażenia, które tłumaczone są z tych samych greckich słów, które gdzie indziej są tłumaczone jako „zbawić/zbawiony”.

 Bo sobie mówiła: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa (sothesomai – będę uzdrowiona) – . Jezus obrócił się, i widząc ją, rzekł: Ufaj, córko! Twoja wiara cię ocaliła (sezoken – uzdrowiła). (Mt 9:21-22)

 

Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała (sothe – była uzdrowiona) i żyła. (Mk 5:23)

 

On zaś rzekł do niej: Córko, twoja wiara cię ocaliła (sezoken – uzdrowiła), idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości! (Mk 5:34)

 

A wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie (esozonto – byli uzdrawiani). (Mk 6:56b)

 

A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem (sozei – uzdrowi) i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone. (Jk 5:15)

Będąc konsekwentnym w tłumaczeniu, należałoby powyższe wyrażenia przetłumaczyć odpowiednio: będę zbawiona, została zbawiona, bądź zbawiona, zostali zbawieni i zbawi.

Zwróćmy uwagę na „poetycką wyobraźnię” tłumaczy. Ktoś, kto czyta Biblię wyłącznie po polsku, nie ma szans na zapoznanie się z faktem, iż owe „ocaleć”, „być zdrowym” lub „być ratunkiem” to tak naprawdę to samo słowo, które tłumaczy się gdzie indziej jako „zbawić”.

Tam, gdzie kontekst jasno wskazuje na to, że miało miejsce uzdrowienie z choroby, oczywistym jest, że dany fragment nie ma nic wspólnego z „piekłem”. W ogóle nie dotyczy on życia pozagrobowego.

W Starym Testamencie również nie ma mowy o zbawieniu od wiecznych mąk w piekle, jako że – temat życia pozagrobowego prawie nie istnieje w Starym Testamencie.  Bóg dał ludziom przykazania i obiecał, że jak ich będą przestrzegali, będzie im się wiodło na ziemi, będą mieli długie, dostatnie i bezpieczne życie; w przeciwnym wypadku spadać będą na nich różne nieszczęścia, włączając śmierć z ręki wrogów lub od chorób. Ale ani słowa o tym, co ich czeka po śmierci.

Zbawienie = ratunek

Zróbmy eksperyment – zapytajmy 10 ludzi, czym jest ratunek. Lub poprośmy, aby podali przykład ratunku. Wątpię, czy wypowiedzi chociażby dwojga z nich się pokryją. Ratunek to pojęcie bardzo ogólne. Można ratować od głodu, od choroby, od wypadku samochodowego. Sąsiad może nas poratować od braku cukru w domu a zdolny specjalista od reklamy może uratować firmę przed bankructwem.

Słowo „ratunek” jest w naszym języku bardzo wieloznaczne i bez dokładnego kontekstu nie mamy szans na zorientowanie się, o jaki rodzaj ratunku chodzi.

rescue_wheel
„KOŁO ZBAWIENIA” ? 🙂

W językach biblijnych jest podobnie. W Biblii jednak – niestety dla nas – dość rzadko kontekst tego wyrazu umieszczony jest w tym samym zdaniu. Bez dokładnej analizy kontekstu nic nie zrozumiemy, podobnie jak niewiele zrozumiemy, gdy zobaczymy w gazecie tytuł „Uratowano pana Zdenka” bez przejrzenia jego treści.

Oto pięć pierwszych wystąpień wyrazu „jeszua” (zbawienie) w Biblii (jego tłumaczenie zaznaczę na czerwono):

Zbawienia twego oczekuję, Panie. (Rdz 49:18)

 

Na to rzekł Mojżesz do ludu: Nie bójcie się, wytrwajcie, a zobaczycie pomoc Pana, której udzieli wam dzisiaj!

Egipcjan, których dzisiaj oglądacie, nie będziecie już nigdy oglądali.(Wj 14:13)

 

Pan jest mocą i pieśnią moją, i stał się zbawieniem moim. On Bogiem moim, przeto go uwielbiam; On Bogiem ojca mojego, przeto go wysławiam. (Wj 15:2)

 

Utył Jeszurun i wierzga -Utyłeś, stłuściałeś, zgrubiałeś – I porzucił Boga, który go stworzył, Znieważył skałę zbawienia swojego. (Pwt 32:15)

 

I modliła się Anna i rzekła:Weseli się serce moje w Panu,Wywyższony jest róg mój w Panu, Szeroko rozwarte są usta moje nad wrogami mymi, Gdyż raduję się ze zbawienia twego. (1 Sm 2:1)

(Tym razem użyłem tłumaczenia Biblii Warszawskiej, ale zachęcam do sprawdzenia, jak to brzmi w najpopularniejszej w Polsce Biblii Tysiąclecia – ona o wiele rzadziej używa terminu „zbawienie”).

Zapraszam do użycia komputera lub do skorzystania z konkordancji biblijnej, aby się przekonać, że zarówno w Starym jak i w Nowym Testamencie wyrazy zbawienie i zbawić najczęściej nie precyzują w tym samym zdaniu, od czego owe zbawienie (ratunek) jest.

I tu jest właśnie szerokie pole do religijnych przekrętów!

Weźmy ostatni z wyżej cytowanych wersetów. Anna modli się słowami „raduję się ze zbawienia twego„.

Anna cieszy się, że nie pójdzie do piekła?

A kontekst jest taki: Anna uprzednio cierpiała, gdyż nie miała syna. W odpowiedzi na jej modlitwy Bóg dał jej syna, i Anna była wdzięczna za tę pomoc – wyraz zbawienie oznacza w tym kontekście właśnie pomoc.

Podkreślę ponownie – Stary Testament nie zajmuje się życiem pozagrobowym. O życiu „po śmierci” wspomina w niezbyt jasnym zdaniu Hiob, jest kilka pełnych metafor odniesień z Psalmów i kilka innych zdań.. na tyle mało, by można stwierdzić poza wszelką wątpliwość. że Biblia Starego Testamentu skupiała się wyłącznie na życiu doczesnym.

(W Nowy Testamencie tak naprawdę jest tak samo, lecz tam jest to zdecydowanie mniej oczywiste, zwłaszcza dla kogoś, kto miał lekko wyprany przez religię mózg)

Kiedy popatrzymy na więcej przykładów ze Starego Testamentu okaże się, że zbawienie najczęściej oznacza tam ratunek przed śmiercią – bardzo często w kontekście bitew i wojen, przykładowo:

Nie waszą rzeczą będzie tam walczyć, ustawcie się tylko i stójcie, i oglądajcie ratunek Pana, o Judo i Jeruzalemie! Nie bójcie się i nie lękajcie! Jutro wyjdźcie przed nich, a Pan będzie z wami! (2 Krn 20:17)

 

A co w przypadku Nowego Testamentu?

Tym razem poszukam nie rzeczownika, a czasownika – będzie to „sozo” (zbawić). Oto pięć jego pierwszych wystąpień w Nowym Testamencie:

Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów . (Mt 1:21)

 

Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: Panie, ratuj, giniemy! (Mt 8:25)

 

Bo sobie mówiła: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. (Mt 9:21)

 

Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. (Mt 10:22)

 

Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! (Mt 14:30).

Dla dokładności nadmienię, że pominąłem wers Mt 9:22 – jako że zawiera to samo słowo co użyte w wersecie go poprzedzającym.

Czy w każdym z wyżej wymienionych fragmentów jest mowa o zbawieniu od mąk w piekle?

Czy w… którymkolwiek?

Pierwszy z wymienionych fragmentów (Mt 1:21) w ogóle nie podaje definicji, co oznacza „zbawić od grzechów”, jednak droga od „zbawienia od grzechów” do „zbawienia od piekła” jest długa, kręta, i… zmyślona przez religię.

Drugi fragment (Mt 8:25) – mówi o zbawieniu – ratunku – od śmierci w morzu. To samo z fragmentem ostatnim (Mt 14:30)

Mt 9:21 – tu sozo oznacza uleczenie od choroby.

Mt 10:22 – w kontekście są prześladowania uczniów Chrystusa tu, na ziemi, a zbawienie oznacza uratowanie od śmierci. Odnosiło się to do konkretnego czasu i do nas w ogóle nie ma zastosowania, choć wiele denominacji wyrwało ten werset z kontekstu i naucza, że jeśli się odstąpi od wiary przed śmiercią, pójdzie się do piekła… i tym podobne bzdety.

Ponownie zachęcam – weź do ręki konkordancję i prześledź więcej przykładów wystąpienia słów sozo i soteria w Nowym Testamencie! Jeśli czas ci pozwoli – znajdź wszystkie! Jeżeli zapomnisz o tym, co na temat danego fragmentu mówi teologia, i przeczytasz kilka akapitów przed i po nim, przekonasz się, że wyraz „zbawienie” nigdzie nie występuje w kontekście losu człowieka po śmierci! Terminy te nigdy nie stoją w kontekście życia wiecznego z Bogiem, piekła, nieba, niemal zawsze natomiast odnoszą się ratunku od śmierci, choroby lub niedostatku. Nowy Testament zawiera też sporo proroczych ostrzeżeń przed pogromem Żydów przy zniszczeniu Jerozolimy w roku 70 (według  historyków zginęło wtedy ponad milion Żydów). Niewątpliwie o tym mówi Jezus w Mt 24.

Apostoł Paweł używa często pojęcia „zbawienia” w jeszcze innym znaczeniu, i podanie jego definicji wyłącznie na podstawie Biblii jest trudne, gdyż sam Paweł również jej nie podaje, choć często terminem zbawić/zbawienie się posługuje. Bez wątpienia jednak też nie jest to zbawienie od piekła… jako że wyrazu „piekło” brak w słowniku Pawła. Brak go również w słowniku któregokolwiek innego autora Biblii, choć tłumacze, oczywiście, mogą wykazywać się w tej kwestii fantazją.

Stawiam śmiałą tezę – jednak w 100% do udowodnienia – w większości miejsc, w których czytasz w Biblii o zbawieniu, dotyczy to tylko i wyłącznie losów człowieka na ziemi. Nie ma nic wspólnego z docelowym miejscem, gdzie udaje się jego duch po śmierci.

A może jeszcze śmielsza teza?

W powyższym paragrafie zastąp wyrażenie „w większości miejsc” wyrażeniem „we wszystkich miejscach”.

* * *

Co w tej chwili myślisz? Że to, co piszę, wygląda bardzo sekciarsko? Być może! Ważne chyba jest jednak tylko to, czy to jest prawda. czyż nie?

Pozwolę sobie na kilka osobistych akapitów.

Chciałbym móc zobaczyć swoją reakcję 10 lat temu, gdybym przeczytał ten artykuł. Bardzo możliwe, że po minucie lub dwóch przestałbym czytać.

Dlaczego?

Dlatego, że chociaż nic z tego, co tu piszę, nie brzmi (moim skromnym zdaniem) niewiarygodnie, jako że argumenty staram się przedstawiać jasno i opieram się na ogólnodostępnych i niekwestionowanych źródłach jak popularne słowniki i leksykony biblijne, to najstraszniejszą rzeczą w tym wszystkim jest to, że… stoi to w opozycji do niemal całego współczesnego chrześcijaństwa. A w umysłach chrześcijan (w tym i w moim przez wiele lat) negacja chrześcijaństwa jest tożsame z negacją samego Boga.

Kościoły takie jak rzymskokatolicki, prawosławny, ewangelicko-augsburski czy zielonoświątkowy różnią się między sobą w wielu istotnych kwestiach diametralnie, niemniej w jednym temacie mają identyczną opinię – pod pojęciem zbawienia rozumieją głównie życie wieczne po śmierci i ratunek od piekła. Akceptując to, co tutaj piszę, wyłączasz się zatem nie tylko z głównego nurtu chrześcijaństwa, ale niemal z całego chrześcijaństwa. A ty wygląda na sekciarstwo.

Ja, jak większość Polaków, wychowałem się w typowej rodzinie katolickiej. Wierzyłem w sakramenty. Do bierzmowania podszedłem świadomie i z wiarą. Jeszcze jako nastolatek modliłem się różańcem. Później zaś stopniowo moje poglądy zaczęły ewoluować i nagle ilość osób, z którymi pod względem doktrynalnym mogłem się identyfikować, zaczęła maleć. Wiele razy byłem w sytuacjach, gdy czułem się zupełnie odizolowany i bardzo poważnie kwestionowałem własne zdrowie psychiczne. Czyż nie szaleństwem bowiem można nazwać uważanie, że ma się rację, podczas gdy stoi się w opozycji do… całej rodziny… wszystkich znajomych… 2000-letniej tradycji Kościoła… całej chrześcijańskiej Polski… albo i świata?? Tak się bowiem składa że przez pierwsze 20 lat życia nie znałem nawet nikogo, kto nie byłby katolikiem. Było to przed erą Internetu, przynajmniej w Polsce.

Kwestionowanie własnej normalności nigdy mnie nie opuściło, tak na wszelki wypadek, i wciąż myślę, że spełniam warunki bycia „normalnym człowiekiem”. Zdałem na prawo jazdy. Skończyłem studia. Nie karany. Mam obywatelstwo dwóch krajów. Rodzinę. Stałą pracę od wielu lat. Może po prostu jestem zdrowo walnięty tylko w kwestii religii? 🙂

Swoje przekonania analizowałem wielokrotnie, bo wcalę nie czerpię jakiejś dzikiej radości z wierzeń odmiennych od blisko 100% chrześcijan. Bardzo bym chciał nie musieć kłócić się z całym światem. Chciałbym móc zgodzić się z teologią jakiejś większej denominacji. Gdzieś przynależeć. Jednak wszystkie znane mi Kościoły wierzą w coś – moim zdaniem – kompletnie sprzecznego z Biblią, i za każdym razem gdy proszę ludzi o dyskusję na argumenty, zamiast nich otrzymuję emocje podpierane tradycją. Tak, religia – obok kilku innych tematów – wywołuje ogromne emocje.

Anger

Dlaczego?

Myślę, że najważniejszą przyczyną jest lęk przed ostracyzmem. Większość praktykujących chrześcijan pozostaje całe życie w tym samym wyznaniu, w którym jest jego środowisko: rodzina, przyjaciele. Zmiana denominacji oznacza w najlepszym wypadku ochłodzenie relacji, w najgorszym – bycie wygnanym, wyklętym.

Kiedy ktoś zatem podważa czyjeś przekonania religijne, chwieje niemal całym jego światem. I powoduje lęk. I ten lęk powoduje agresję, i trudno rozmawiać spokojnie.

Kwestia piekła przykładowo: jako 20-latek raczej nie wątpiłem, że piekło istnieje. Logiczne wydawało mi się, że zło musi być jakoś ukarane. Wszyscy, których znałem, wierzyli w istnienie piekła. Tych, którzy nie wierzyli, nazywano sekciarzami. Wiedziałem sporo o różnych sektach, wiedziałem o „praniu mózgów”, i stąd łatwa była droga do stwierdzenia, że wszyscy, którzy nie wierzą w istnienie piekła, mają wyprane mózgi.

Z upływem lat coraz mniej idea wiecznych mąk wydawała mi się logiczna, ale nauczony też byłem, iż logiką nie mamy prawa oceniać wyroków Bożych.

Olśnienie przyszło, kiedy uświadomiłem sobie, iż Bóg jest miłością, i skoro nas stworzył na swój obraz, nasza miłość i Jego miłość idą tym samym torem. Bóg nieskończenie wybacza, i nam każe nieskończenie wybaczać. A miłość bliźniemu złego nie wyrządza (Rzymian 13:10).

 Bóg jest miłością, piekło – jej zaprzeczeniem.

No tak, ale co z Biblią?

Jeśli założymy, że piekło istnieje, bo… przecież musi istnieć… jasne, znajdziemy sporo w Biblii na jego temat. Jeśli tylko delikatnie nagniemy zasady interpretacji tekstowej, w Biblię można „wczytać” co się chce, czego dowodzi istnienie tysięcy różnych wyznań w chrześcijaństwie.

Jeżeli jednak przyjmiemy, iż piekło to naleciałość pochodząca z innych religii i nie mająca żadnego odzwierciedlenia w Biblii… nic w niej o piekle nie znajdziemy, i to założenie będzie można o wiele łatwiej udowodnić. Więcej o piekle piszę tutaj i tutaj. Być może, czytając ten tekst, również przychodzą ci do głowy przerażające myśli utraty przyjaciół lub nawet rodziny. Oczywiście, taka wizja może przerażać! Najczęściej jednak – i wiem to ze swojego doświadczenia – ci, którzy nas naprawdę kochają, po jakimś czasie przyzwyczają się do naszej „inności”. Relacje, które upadną tylko z powodu różnic doktrynalnych, nie są zaś warte podtrzymywania. Osobiście nigdy nie straciłem relacji z nikim z rodziny z powodu doktryn. Relacji nie-rodzinnych utraciłem oczywiście mnóstwo.

Co zaś zyskałem? Cudowną wolność. Słuchając się religii, ciąglę się bałem. Teraz Bóg jest ostatnią Osobą na świecie, której bym się bał!

Boga nie należy się bać, bo Bóg jest miłością.

Przerwałem główny temat artykułu, kiedy doszedłem do tematu zbawienia w Listach apostoła Pawła. Być może zrobiłem to celowo, gdyż nie chciałem się przyznać do niewiedzy? 🙂 Przyznaję bowiem, że nie rozumiem kilku fragmentów. I, jak na złość, Paweł prawie nigdy nie podaje wyjaśnienia, o zbawieniu od czego pisze. Często „zbawieni” używane w czasie przyszłym w Nowym Testamencie odnosi się do zniszczenia Jerozolimy i hekatomby Żydów z 70 AD, niemniej niektórych fragmentów raczej nie sposób do tego odnieść.

Bez wątpienia jednak niczym nieuzasadnione byłoby odnoszenie tych fragmentów do życia wiecznego.

 [kobieta] dostąpi zbawienia przez macierzyństwo, jeśli trwać będzie w wierze i w miłości, i w świątobliwości, i w skromności. (1 Tm 2:15)

Bezdzietne kobiety będą się smażyć w piekle? Albo te, które tak… nie do końca wytrwają w miłości, świątobliwości i skromności? Ani słowa o wierze, która podobno jest jedynym warunkiem zbawienia?

smiley with halo

Jest jeszcze kilka fragmentów, w których Paweł używa czasownika „zbawić” w czasie przeszłym dokonanym. O jakim zbawieniu Paweł wtedy pisze? Może po prostu o ratunku przed własnym potępiającym myśleniem, które podpowiadało ludziom albo, że są zbyt niegodni, by mieć jakikolwiek kontakt z Bogiem, albo że są tak święci, że kontaktu tego nie potrzebują?

Zachęcam do samodzielnych studiów i na tym temat ten zakończę. Celem tego artykułu nie jest dzielenie się tym, co wiem, ale zachęcenie czytelnika do ponownego zastanowienia się czy to, w co wierzy, jest prawdą. A temat tego artykułu – jak i całej witryny – to „pewność zbawienia”. Wiem, że większość chrześcijan zmaga się z pewnością zbawienia. A pozostali… tego nie przyznają 🙂 Widziałem po sobie, i po mnóstwie ludzi, których znałem i o których słyszałem, że typowe metody rozprawiania się z tymi zmaganiami – dyskusje, czytanie komentarzy do Biblii, studia – zupełnie nie działają. Świadomość tego, że istnieje piekło, w którym większość ludzkości będzie wiecznie się smażyć, jest tak sprzeczna z wszelkimi definicjami miłości czy dobroci, iż musimy się uciekać do zagłuszania głosu własnego rozumu, aby jakoś móc pogodzić Boga będącego miłością z tak bezsensowną karą.

Większość katolików, zwłaszcza tych „niedzielnych”, ma nadzieję na zbawienie „bo nie są tacy źli”. Jednak po pierwsze – co daje nam pewność, iż właściwie oceniamy ilość i jakość tego dobra i zła? Po drugie – nawet jeśli dzisiaj jesteśmy bardzo dobrzy, kto zagwarantuje nam, że tak samo będzie jutro? Za 10 lat?

pieklo_niebo

„Spowiedź oczyszcza z grzechów” – tak uczą, ale co ze mną będzie, jeśli nie zdążę dojść do konfesjonału przed śmiercią? Teologia katolicka mówi, że do piekła idzie się, jeśli umiera się bez spowiedzi po popełnieniu grzechu ciężkiego. Nie jest to wesoła perspektywa, jeśli uświadomi się, że grzechem ciężkim według owej teologii są nie tylko zabójstwa czy kradzieże ale również takie błahe „niegodziwości” jak wątpienie w jakąś prawdę wiary czy dobrowolne opuszczenie niedzielnej Mszy.

Większość protestantów natomiast utrzymuje, że będą zbawieni, bo „wierzą w Chrystusa”. Problem jednak w tym, że każdy inaczej definiuje wiarę. Czy wystarczy wierzyć, że Jezus istniał? Czy wiara w Jego śmierć na krzyżu ma istotne znaczenie? Czy trzeba też wierzyć, że Biblia jest Słowem Bożym?

A co, jeśli moja wiara jutro ustanie? Utracę zbawienie i pójdę do piekła? A co z Jakubem, który napisał, że wiara bez uczynków jest martwa? Czy martwa wiara też mnie zbawi? Ile dobrych uczynków potrzeba dziennie wykonać, aby wiara nie była martwa?

Widzimy, że zarówno katolicka, jak i protestancka wiara w bycie zbawionym ma więcej pytań, niż odpowiedzi. Można oczywiście udać, że się tych pytań nie widzi… niemniej takie udawanie przed samym sobą może doprowadzić do poważnych schorzeń psychicznych.

Można też – i TRZEBA – zadać sobie te pytania otwarcie, może najlepiej  je zapisać – i jeśli nie znajdziemy na nie logicznych odpowiedzi, to może coś z naszymi dogmatami jest… nie tak?

Szukajcie, a znajdziecie!

Nikt w Biblii nie stawia sobie pytania „czy jestem zbawiony”. Nikt nie boi się tego, co po śmierci. Jedyne teksty, które traktują o tym, co wtedy będzie, wyrażają oczekiwanie w radości, podekscytowaniu, bo choć tak niewiele szczegółów mamy na temat tego, co tam nas czeka, wiemy, iż będzie to coś niesamowicie dobrego, gdyż Bóg jest dobry, i Bóg jest miłością.

Bez wątpienia nie potrzebujesz zbawienia od potępienia w piekle, bo to mit. I nawet jeśli w Biblii istnieją fragmenty, w których bardzo trudno jednoznacznie określić, o jakiego rodzaju zbawienie chodzi, nie może być to dla nas powodem do lęku – czy, jeśli coś by nam zagrażało, Bóg nie natchnąłby autorów Biblii do pisania językiem zrozumiałym również w XXI wieku?

(tekst ostatnio edytowałem 29 maja 2020)

Stary Testament? Nowy Testament?

bible

Temat, który zamierzam poruszyć, jest krótki, bardzo konkretny, bardzo powszechnie niezrozumiany ale jednocześnie bardzo istotny do poprawnego rozumienia Biblii.
Biblia – kilkadziesiąt ksiąg spisywanych przez dwa tysiące lat – podzielona jest na dwie części – Stary Testament i Nowy Testament.

Co to oznacza?

Najzabawniejsi dyletanci głoszą, iż Stary Testament skierowany jest do Żydów (tak naprawdę powinienem jednocześnie zacząć ten wyraz dużą literą jak i małą – gdyż chodzi zarówno o religię jak i narodowość – ale nie wiem, jak to zrobić, więc aby nikt się nie obraził, użyłem dużej), a Nowy Testament dla chrześcijan. Istnieją nawet denominacje (choć nieliczne, i głównie sytuacja ta ma miejsce w krajach arabskich), które zupełnie odrzucają Stary Testament jako bądź to nieaktualny – przedawniony – bądź też twierdzą, iż nigdy nie był natchniony (marcjonizm), niemniej to sytuacje marginalne.

Większość chrześcijan uważa (tak przynajmniej głoszą główne teologie protestanckie i katolickie), że zarówno Stary jak i Nowy Testament są natchnione i pożyteczne dla chrześcijan. Zabawne jest jednak to, że każdy rozumie to inaczej.
Weźmy przykładowo przykazanie o przestrzeganiu szabatu. Oryginalnie brzmi ono tak:

Sześć dni będziesz pracować i wykonywać wszystkie twe zajęcia. Dzień zaś siódmy jest szabatem ku czci Pana, Boga twego. Nie możesz przeto w dniu tym wykonywać żadnej pracy ani ty sam, ani syn twój, ani twoja córka, ani twój niewolnik, ani twoja niewolnica, ani twoje bydło, ani cudzoziemiec, który mieszka pośród twych bram. (Wj 20:9-10)

Biblia nazywa niedzielę pierwszym dniem tygodnia, zatem siódmy jest sobotą. I to jedyny szczegół, w którym członkowie wszystkich wyznań się zgadzają. Członkowie kilku denominacji – m.in. Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego – wciąż starają się go dosłownie przestrzegać. Żydzi, oczywiście, też.

menorah
Niektórzy głoszą, że fakt, iż Chrystus zmartchwychwstał w niedzielę, jest dla nas znakiem, iż powinno się święcić właśnie niedzielę. Zależność przyczynowo-skutkowa jest tutaj poza moimi możliwościami poznawczymi. Kościół rzymksokatolicki zaś mówi, iż ma autorytet dokonać zmiany święcenia niedzieli zamiast soboty. No i wreszcie sporo chrześcijań mówi, iż jest to przykazanie Starego Testamentu, i wobec tego – nieaktualne.
Te wszystkie wymienione opinie są łatwe do obalenia. Przykazania Zakonu Mojżesza stanowią całość i albo się je przestrzega, albo nie. Jakiekolwiek zmiany, udoskonalenia, wybiórczość, oznaczają jego nieprzestrzeganie (Jk 2:10). Ale to nie ma i tak dla nas żadnego znaczenia, bo zakon został dany wyłącznie Izraelowi, i wyłącznie na określony czas. I czas ten już minął. Więcej znajdziesz tu.

Gdzie zatem leży prawda?

Pozwolę sobie na trzy niesamowicie szalone twierdzenia:

1. Pierwsza księga Starego Testamentu nie należy do Starego Testamentu.
2. Pierwsza księga Nowego Testamentu nie należy do Nowego Testamentu.
3. Ani Stary, ani Nowy Testament nie są dla chrześcijan.
Nie musisz się ze mną zgadzać. Ja nigdzie się nie upieram, że w ogóle mam rację w czymkolwiek. Proponuję tylko – przeczytaj, co mam na ten temat do powiedzenia, zastanów się, i nie uważaj za argumentu tego, że znaczna większość ludzi w coś wierzy. Większość w pewnych dziedzinach z reguły nie ma racji.

Co oznacza wyraz „testament”? Nie ma nic wspólnego z ostatnią wolą – testament spisany na łożu śmierci i testament biblijny to tylko homonimy bez związku znaczeniowego.

Pochodzi z łaciny – łaciński wyraz testamentum oznacza przymierze. Czyli Biblia podzielona jest na Stare i Nowe Przymierze. A przymierze to układ między co najmniej dwiema stronami, gdzie określone są warunki (choć nie zawsze) i obietnice, które się wypełnią w przypadku spełnienia warunków (lub spełnią się bezwarunkowo).

W dzisiejszym języku Stary i Nowy Testament rozumiane są po prostu jako część Biblii,  i w tym sensie, oczywiście, powyższe trzy punkty są nieprawdziwe, jednak dla potrzeb lepszego zrozumienia zagadnienia, postarajmy się teraz rozróżniać Stary Testament jako część Biblii i Stary Testament jako Stare Przymierze.

Co to jest dokładnie Stare Przymierze?

Przymierzy w Biblii jest kilka:
Przymierze z Adamem (Rdz 1:26-30; 2:16-17; 3:15-19) – Bóg określa ludzką odpowiedzialność za grzech, zapowiada ciężkie życie, ale i zapowiada przyszłe rozwiązanie problemu
Przymierze z Noem (Rdz 9:8-17) – przymierze bezwarunkowe. Bóg obiecuje, że już nigdy więcej nie zniszczy ziemi powodzią.
Przymierze z Abrahamem (Rdz 12:1-3, 6-7; 13:14-17; 15; 17:1-14; 22:15-18) – również przymierze bezwarunkowe. Bóg obiecuje Abrahamowi, że jego potomkowie zostaną wielkim narodem, któremu Bóg będzie wyjątkowo błogosławił i który posiądzie wytyczone ziemie,  a imię Abrahama będzie rozsławione.
Przymierze z Mojżeszem (m.in. Pwt 11) – przymierze warunkowe. Bóg daje człowiekowi Prawo i obiecuje błogosławieństwo – dobrobyt i wolność od nieprzyjaciół – jeśli człowiek będzie go przestrzegał. Jeśli człowiek Prawo to zlekceważy, Bóg zapowiada rozbicie narodu Izraela i niewolę.
Przymierze Palestyńskie (Pwt 30:1-10) – obietnica warunkowa; jeśli Izrael po okresie nieposłuszeństwa wróci do przestrzegania Prawa, Bóg zbierze go na obiecane ziemie i sprawi, iż posłuszeństwo Bogu stanie się doskonałe.
Przymierze z Dawidem (2 Sm 7:8-16) – Bóg obiecuje Dawidowi powodzenie i trwałość jego królestwa oraz narodzenie potomka, od którego Bóg nie cofnie błogosławieństwa.
Nowe Przymierze – termin ten pojawia się po raz pierwszy w Księdze Jeremiasza:

Oto nadchodzą dni – wyrocznia Pana – kiedy zawrę z domem Izraela i z domem judzkim nowe przymierze. (Jer 31:31)

Używa go również Jezus przy ostatniej przed ukrzyżowaniem wieczerzy z uczniami:
Tak samo i kielich po wieczerzy, mówiąc:

Ten kielich to Nowe Przymierze we Krwi mojej, która za was będzie wylana. (Łk 22:20)

Niektóre z tych przymierzy są uzupełnieniem innych – czy można zatem odpowiedzieć, które przymierze jest „Starym Przymierzem”? Można – jest nim przymierze z Mojżeszem.

commandments1

W trzecim rozdziale 2 Listu do Koryntian Paweł pisze, że staliśmy się sługami Nowego Przymierza, i przeciwstawia mu stare, zapisane „literami w kamieniu”:

On też sprawił, żeśmy mogli stać się sługami Nowego Przymierza przymierza nie litery, lecz Ducha; litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia. Lecz jeśli posługiwanie śmierci, utrwalone literami w kamieniu, dokonywało się w chwale, tak iż synowie Izraela nie mogli spoglądać na oblicze Mojżesza z powodu jasności jego oblicza, która miała przeminąć, (2 Kor 3:6-7)

Sprawdźmy teraz, w którym momencie historycznym rozpoczyna się Stare Przymierze (Testament), w którym – Nowe, i dokładnie z kim Bóg je zawierał.

Stare Przymierze rozpoczyna się wraz z nadaniem Prawa Mojżeszowi, i opis tego zaczyna się w rozdziale 20. Księgi Wyjścia. Zatem poprzednie 19 rozdziałów tej Księgi, jak również wszystkie wydarzenia opisane w Księdze Rodzaju nie należą do Starego Przymierza – czyli Starego Testamentu.

A kiedy zaczyna się Nowe Przymierze? Tutaj zdania są podzielone, jednak rozbieżność nie jest duża. Jedni uważają, że Jezus ustanawia je w czasie Ostatniej Wieczerzy, inni mówią, że je wtedy tylko zapowiada, a zawarte ono zostaje w momencie śmierci Jezusa. Istnieją też nieliczne nurty teologiczne które mówią, że Nowe Przymierze zaczyna obowiązywać dopiero po wypełnieniu proroct o zniszczeniu Jerozolimy, to jest w roku 70. W każdym razie niewątpliwie nie stało się to nie wcześniej, niż podczas Ostatniej Wieczerzy.

Czyli rzeczywiście ani pierwsza księga Biblii nie należy do Starego Testamentu, ani też pierwsza księga Nowego Testamentu (jako części Biblii) – Ewangelia Mateusza – a przynajmniej znaczna jej większość – z wyjątkiem dwóch ostatnich rozdziałów – nie należy do Nowego Testamentu (w rozumieniu przymierza).

I jeszcze jedno – z kim Nowy i Stary Testament został zawarty? Paweł podsumowuje to krótko w Liście do Rzymian 9:4 – wszystkie przymierza zostały zawarte z Izraelem. O ile raczej nikt nie ma wątpliwości co do Starego Przymierza, to może wydawać się dziwne, że i Nowe Przymierze zostało zawarte z Izraelem. Popatrz jednak:

Lecz On [Jezus] odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. (Mt 15:24)

Czy wiesz o tym, że dopiero kilka lat po śmierci Jezusa oferta zbawienia zaczęła być kierowana do ludzi spoza Izraela?

Bóg wybrał Izrael i zawierał z nimi na przestrzeni historii różne przymierza, jednak przymierza nie były, jak na ogół ma to miejsce w przypadku ludzi, charakter eksluzywny („wybieram cię, aby nie wybrać kogoś innego”) ale inkluzywny („wybieram cię, a poprzez ten wybór wszyscy, którzy do ciebie dołączą, będą również wybrani”).

Obrazując to w prosty sposób – mogę porównać tę sytuację do nauczycielki, która ma torebkę cukierków, i zamiast podchodzić do każdego z uczniów osobno, wybiera jednego, i daje mu tę torebkę, aby rozdał cukierki pozostałym.
Zapowiada to już Izajasz:

Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi. (Iz 49:6)

Apostoł Paweł zaś wyjaśnia to ostatecznie w Liście do Rzymian w rozdziałach 9-11. Najkrócej ujmuje to Jezus:

Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. (J 4:22)

Boży wybór Izraela nie oznacza „wybieram Izraela i nikt inny nie będzie zbawiony” ale „wybieram Izraela, aby przez niego wszystkie inne narody były zbawione”. Izrael jest, owszem, pierwszy, ale po to, aby być posłańcem dobrej nowiny.
Zatem skoro i Stare i Nowe Przymierze zostało zawarte z Izraelem, nie zostało zawarte z chrześcijanami! I tutaj kończę dowodzenie „trzech niesamowicie szalonych twierdzeń”. Wszystkie punkty okazały się prawdziwe.

Świadomość tych wszystkich faktów jest szalenie istotna i absolutnie niezbędna do poprawnego rozumienia Biblii! Znaczna większość tego, co mówił Jezus, kierowana była tylko do Izraela, natomiast religia dzisiaj każde słowo odnosi do chrześcijan. Co za bzdura! Niemal wszystkie Kościoły popełniają ten błąd (o ile nie wszystkie) i jakoś nikomu nie przeszkadza, iż wielu słów Jezusa nie da się w żaden sensowny sposób odnieść do ludzi żyjących dzisiaj!

jesus-heals-a-blind-man
Jezus nie przyszedł na ziemię w bezpośredni sposób dla mnie i ciebie, tylko dla Żydów, ale po prostu takie jest działanie Boga na przestrzeni historii – wybiera poszczególne narody, poszczególnych ludzi, i tylko im komunikuje swoje przesłanie, zostawiając im misję niesienia Dobrej Nowiny dla innych. To prawda, Izraelowi powierzone zostały tajemnice – wszystkie z wyjątkiem jednej – ale za to właśnie ta ostatnia tajemnica jest najbardziej radosna! I jest skierowana do nas – do pogan!

Jego sługą stałem się według zleconego mi wobec was Bożego włodarstwa: mam wypełnić /posłannictwo głoszenia/ słowa Bożego.  Tajemnica ta, ukryta od wieków i pokoleń, teraz została objawiona Jego świętym, którym Bóg zechciał oznajmić, jak wielkie jest bogactwo chwały tej tajemnicy pośród pogan. (Kol 1:25-27a)

Darmowe zbawienie?

dar

Chlubą niemal każdego chrześcijanina jest wykazywanie, jak to chrześcijaństwo się od wszystkich innych religii różni. Sam kiedyś powtarzałem to do znudzenia!

Jedną z najczęściej przytaczanych cech wyróżniających chrześcijaństwo jest to, że w pozostałych religiach człowiek musi robić różne rzeczy dla Boga i w ten sposób osiągnąć zbawienie, a w chrześcijaństwie to Bóg robi wszystko i zbawienie jest darmowe. Nie trzeba ani w ogóle nie da się na nie zasłużyć.

HA HA HA!

HAHAHA!

To śmiech sarkastyczny. Mam nadzieję, że widać 🙂

Uwaga! Ten tekst nie będzie o zbawieniu jako takim. Nie będę pisał o tym, czym jest zbawienie, czy są jakieś rodzaje zbawienia czy nie; a jedynie o tym, jak w ujęciach różnych Kościołów wygląda fakt, iż zbawienie to jest darmowe.

KOŚCIOŁY TRADYCYJNE

W większości Kościołów tradycyjnych (rzymskokatolickich, prawosławnych i niewielkiej części protestanckich, głównie ewangelickich) naucza się mniej więcej tak – zbawienie jest darem od Boga, ale Bóg dał nam ludziom wiele „środków pomocniczych”. Niemowlę należy ochrzcić, później pierwsza komunia, bierzmowanie, jak najczęstsze przystępowanie do spowiedzi i komunii, a przed śmiercią najlepiej, jak załapiesz się na tzw. namaszczenie chorych (wbrew obiegowym opiniom, nie istnieje coś takiego jak „ostatnie namaszczenie”). Oprócz tego staraj się żyć dobrze, wybaczaj innym, bo inaczej Bóg ci może nie wybaczyć. Módl się regularnie! Kiedy zaś umrzesz, dobrze mieć na wszelki wypadek grono znajomych, którzy będą się modlić o twoje zbawienie. Zanim zaś umrzesz, powinieneś prosić o to zbawienie różnych zmarłych, co do których Kościół stwierdził, że są święci, i są też w stanie wysłuchać jednocześnie wszystkich modlących się do nich ludzi.

Kiedy to wszystko zrobisz, masz dość duże szanse na niebo, choć oczywiście pewności mieć nie możesz, bo zbawienie jest zależne od wyroku Bożego. Przy czym nie można, oczywiście, zapomnieć, że zbawienie to jest darem, i przejawem łaski Bożej.

I tak mniej więcej wierzy mnóstwo członków tradycyjnych Kościołów. Może nie większość, bo – zwłaszcza ostatnio, odkąd globalny przepływ informacji jest banalnie prosty – coraz mniej ludzi daje się ogłupiać, że prawda ich Kościoła to jedyna i najlepsza prawda na świecie. Niemniej miliony ludzi wciąż tak wierzą. I najsmutniejsze jest to, że mnóstwo z nich to ludzie szczerzy, chcący żyć dobrym życiem, lecz otumaniono ich i zastraszono wmawiając, iż religia jest głosem Boga. I zamiast Boga, którego chce się kochać i czcić mają obraz Boga, którego przede wszystkim trzeba się bać.

Dzisiaj jeszcze nie jest tak najgorzej… w dawniejszych czasach – zwłaszcza w okresie patrystycznym chrześcijaństwa (do XVII wieku) dość powszechny był pogląd, że tylko ekstremalna asceza jako tako da coś bliskiego gwarancji wstępu do nieba, i wielu ludzi się biczowało, głodziło lub torturowało na inne sposoby, byle by „dostąpić zbawienia”, jednocześnie głosząc miłosiernego i łaskawego Boga, który darmo oferuje zbawienie. Vide: Szymon Słupnik.

szymon slupnik

PROTESTANTYZM

Kościoły protestanckie mają co prawda o wiele mniej zasad, co te tradycyjne, co nie oznacza jednak, że zasady te są łatwiejsze. Ilość zasad lub ich prostota nie musi determinować ich trudności. Mogę komuś nakazać przeskoczyć wysokie drzewo, co jest prostym nakazem, ale nie do końca łatwym – delikatnie mówiąc – chyba, że się by było na jakiejś planecie kilkukrotnie mniejszej od Ziemi.

Zdecydowanie najbardziej szkodliwą i niszczącą dla ludzi jest doktryna zwana po angielsku „Lordship Salvation„. Nie spotkałem się z polską nazwą owej nauki, jednak – nawet bez szczególnej nazwy – mnóstwo chrześcijan w Polsce ją wyznaje. Lordship Salvation mniej więcej oznacza „Zbawienie tylko dla tych, co uznali Jezusa za Pana swojego życia” – czyli nie jest zbawiony ten, który nie odwróci się z całych sił od wszystkich swoich grzechów i nie uczyni Jezus Panem swego życia.

Rzecz można ująć bardzo krótko – Biblia nic o takiej doktrynie nie mówi. Apostoł Paweł pisał do Koryntian korzystających z usług prostytutek, upijających się na wspólnych spotkaniach (nabożeństwach, jak kto woli) i kłócących się o byle co, i nie straszył ich nigdzie, że najwyraźniej nie uczynili Jezusa Panem tych dziedzin, i że nie będą zbawieni!

Doktryna ta także urąga logice. Nie urągałaby tylko wtedy, gdyby ktoś był praktycznie bezgrzeszny. Jeżeli znasz kogoś, kto wyznaję doktrynę podobną do LS (Lordship Salvation), zauważ, czy jego życie cechuje radość? Czy ma pokój w sercu? Czy raczej nie ma pokoju w ogóle; ma za to zupełny brak poczucia bezpieczeństwa, przez co z zazdrości pała gniewem w stosunku do wszystkich, którzy wierzą w bardziej miłosiernego Boga, niż on?

Możesz wtedy z przekąsem takiej osobie napomknąć, że niepokój i kłótnie to grzech, a więc w tych dziedzinach najwyraźniej Jezusa Panem nie uznała, wobec tego powinna się zastanowić, czy jest zbawiona…

Pomyśl – osoby wyznające LS muszą być wiecznie niespokojne, gdyż wciąż zastanawiają się, czy jakiś problem w ich życiu nie pokaże, że nie są zbawieni. Wielu nigdy się do tego nie przyzna, mówiąc, że są absolutnie pewni, że Jezus ma kontrolę nad całym ich życiem. Sugeruję, by z takimi superświętymi nie rozmawiać, bo jeszcze przez samą swoją obecność zbrukasz ich swoją grzesznością…

smiley with halo

LS doprowadzi każdego do stanu pełnego zgorzknienia, totalnego skupienia się na uczynkach – i nieustannego porównywania się do innych, myśląc, czy nie są lepsi od nas; czy nasze braki przy ich wspaniałości nie pokazują, że to oni są zbawieni, a my nie.

Wiele Kościołów podchodzi do tego mniej radykalnie, mówiąc tylko, że dowodem (nie powodem) zbawienia jest przemienione życie. Problem w tym, że choć każdy ma swoją definicję przemienionego życia, Biblia jej… nie ma. Czy jeśli ktoś przestanie pić na umór, ale wciąż przeklina, ma przemienione życie? Czy ograniczenie codziennego cudzołóstwa do dwóch razy w miesiącu nie brzmi jak przemienione życie? Albo przejście z twardych narkotyków na miękkie?

Wiele wyznań chrześcijańskich wprowadziło jeszcze inne „warunki darmowego zbawienia”. Może to być chrzest, może to być posiadanie umiejętności „mówienia językami”, abstynencja od alkoholu lub innych używek… lista jest długa. Wszyscy trąbią przy tym o „darze zbawienia” – tymczasem takie zbawienie, zarówno w ujęciu katolickim jak i protestanckim, jest dla mnie takim samym „darem” jak wypłata, którą otrzymuję od swojego pracodawcy.

Zanim przejdę do najważniejszego „warunku darmowego zbawienia”, podsumuję to, co napisałem dotychczas.

Niemal wszystkie chrześcijańskie Kościoły głoszą całkowicie nielogiczną teologię „darmowego” zbawienia, na które trzeba naprawdę solidnie pracować, wciąż nie mając przy tym pewności, czy odniosło się w tym sukces! Mówienie o darmowym zbawieniu jest bezsensem, jeśli zbawienie to uwarunkowane jest czymkolwiek!

Jeżeli powiem „jeśli kiwniesz palcem, to dostaniesz milion złotych”, jakkolwiek by się to wydawało dziwne, milion złotych jednak nie będzie darmowy. Będzie zapłatą za kiwnięcie palcem. Nieproporocjonalnie wielką, ale zapłatą.

Jeśli zatem Kościoły chciałyby zachować spójność i logikę w swojej doktrynie, albo powinny przestać głosić darmowe zbawienie, albo wyeliminować warunki zbawienia.

Ale nie to jest w tym wszystkim najlepsze.

Jest jeszcze jeden warunek „darmowego” zbawienia.

WIARA.

I temu tematowi będę chciał kiedyś poświęcić osobny artykuł, jako że wyrazy „wiara” i „zbawienie” występują obok siebie w Biblii stosunkowo często, i nawet lekkie dotknięcie tematu w tym artykule byłoby jego spłyceniem.

Rozumu i logiki jednak i w wypadku tego zagadnienia nie wolno nam odłożyć na półkę. Nie można jednocześnie utrzymywać, że „jeśli się uwierzy, będzie się zbawionym” i nazywać zbawienia darmowym!

Ktoś może powiedzieć, że czepiam się szczegółów, czepiam się słówek… Czy to jest SZCZEGÓŁ, że w głównych doktrynach kościelnych brak jest logiki?

Oczywiście, Bóg często wybiera to, co głupie w oczach tego świata, jako mądre, ale nie o logikę tu chodzi! Żydzi oczekiwali Chrystusa, który pokona ich przeciwników, a ich samych uczyni ludem panującym. Czyż nie logicznym byłoby oczekiwać Chrystusa – supermena, z bronią i umiejętnościami do walki, który po prostu wytraciłby wszystkich nie chcących się podporządkować? Nie, to byłoby logiczne tylko, gdyby założenie „siła zwycięża” było prawdziwe. Ale to nie siła, a miłość zwycięża, i logika Żydów zawiodła, gdyż była oparta na fałszywych przesłankach. Prawdziwa logika, jak matematyka, jest niezmienna.

Istnieje również pogląd mówiący, że doktryny nie są łatwe do zrozumienia, gdyż zawierają element wiedzy ponadnaturalnej, i ludzki rozum i logika ich nie są w stanie pojąć. Lecz, jeżeli doktryny muszą być nielogiczne, to… po co w ogóle je formułować? Jeżeli logika nie jest kluczem do zrozumienia doktryn, co jest? Objawienie Ducha Świętego? Któż w takim razie sprawdzi, czy ktoś je naprawdę ma, czy nie?

Wcale nie przeczę temu, że objawienie Boże niezbędne jest do zrozumienia pewnych rzeczy, ale w żadnym momencie objawienie to nie może urągać logice, gdyż rozum nam nie tylko jest przez Boga dany, ale i jego użycie jest zachęcane w Biblii bardzo często.

Mnie też kiedyś wydawało się, iż zadawanie zbyt wielu pytań i kwestionowanie „prawd wiary” jest obrazą Boga. Dzisiaj wydaje mi się, iż gdyby Bóg się na nas obrażał (co nie sądzę, iż ma kiedykolwiek miejsce), obrażałby się nie za pytania – nawet te w stylu „czy Bóg naprawdę istnieje” – obrażałby się za bezkrytyczne przyjmowanie wierzeń od innych i nieużywanie rozumu, który nam dał.

Zastanów się – jeśli twój Kościół głosi darmowe zbawienie, a później dodaje do niego warunki, przeczy sam sobie. Jeżeli zaś czyni to w kluczowej przecież kwestii – zbawienia- to jaką masz gwarancję, że nie przeczy sobie również w wielu innych?

Nie, nie nawołuję do porzucenia swojego Kościoła, nie zakładam też swojego… Apeluję jedynie do używania swojego rozumu. Mądrzy tego świata używają błyskotliwie swojego rozumu w różnych dziedzinach, a na ogół wyłączają go zupełnie w kwestiach religii. Ty tak nie musisz. Oczywiście, wszyscy są omylni, i nie możesz liczyć na to, że znajdziesz wspólnotę doskonałą i bezbłędną, jednak warto zastanawiać się nad doktryną Twojego Kościoła! Zwłaszcza wtedy, jeśli nie daje ci ona pokoju w sercu.

Niech też pokój Chrystusowy włada w waszych sercach (Kolosan 3:15)

mother-love-her-baby

Ostatnia edycja – 23 lipca 2018.

Jakuba 2 – Czy wiara bez uczynków może zbawić?

Człowiek ma zadziwiającą umiejętność bycia ślepym i głuchym na nauki, które sam głosi.

Jedną z pierwszych podstaw teologii biblijnej, które poznaje każdy adept teologii, jest zasada kontekstowości. Biblia nie jest stosem niczym nie powiązanych zdań i zawsze każdy fragment należy rozpatrywać w kontekście. Zarówno w kontekście bezpośrednim – czyli kilka, kilkanaście zdań przed i po rozważanym tekście, oraz w kontekście pośrednim – czyli w harmonii z resztą Biblii.

Oderwijmy się na chwilę od teologii 🙂 Przeczytaj, proszę, poniższy tekst.

zupa_ogorkowa

Wczoraj nabrałem ochoty na zupę ogórkową, pojechałem więc do sklepu. Kupiłem kiszone ogórki i jakieś mięso. Wróciłem do domu, wstawiłem wodę w największym garnku, jaki mam, zagotowałem, wrzuciłem mięso. Gotowałem je tak z godzinę i 20 minut. Nie wiem, jak to się stało, ale zgubiłem gdzieś ogórki. Niestety, musiałem wsiąść w samochód i jechać ponownie do sklepu.

Nic ciekawego, prawda?

Wyobraź sobie teraz, iż pan Iksiński pokazuje Ci powyższy tekst i usiłuje wmówić, iż jest on o czymś zupełnie innym, niż gotowanie zupy. Że jest on o silnikach okrętowych.

Wniosek pana Iksińskiego po przeczytaniu powyższego tekstu jest następujący:

Moce największych spalinowych silników okrętowych sięgają 80 megawatów.

ship engine

Pytasz go, jak doszedł do od zupy ogórkowej do silników okrętowych, a on na to: –
No, co  w tym dziwnego? W tekście występuje wyraz „największy”, Narrator poza tym wsiadł w samochód, który ma silnik. No i godzina 20 minut – nie rozumiesz? Godzina = 60 minut. 60 + 20 = 80. Kojarzysz z 80 megawatami?

Taki poziom argumentacji odpowiada niestety poziomowi większości współczesnej teologii. Teologowie przyzwyczaili się do wielu tradycyjnych interpretacji i powtarzają je z uporem godnym lepszej sprawy, absolutnie ignorując kontekst!

Apeluję w tej chwili do ciebie – pokaż mi werset w Biblii, który Cię niepokoi. Pokaż, które słowa sprawiają, że boisz się Boga, boisz się kary, boisz się Jego gniewu, a ja bez żadnego problemu wykażę, że ten fragment rozumiany w taki sposób, w jaki go rozumiesz dzisiaj, ma tyle wspólnego z Biblią, co zupa ogórkowa z silnikami okrętowymi.

Czytanie akapitami

Gdy dzisiaj słyszymy wyraz 'list’, mamy na ogół na myśli e-mail. Emaile często bywają bezładne, podobne do mowy potocznej. W mowie potocznej zdarza nam się nagle coś wtrącić, bo właśnie przyszło nam to do głowy, ale w przypadku listu tradycyjnego coś takiego nie pojawia się prawie nigdy, bo chcemy być dobrze zrozumiani; a jeśli już wtrącamy coś na inny temat niż kontekst, wyraźnie to zaznaczamy. Staramy się i bardzo uważamy, bo ani nie mamy ochoty wysyłać pokreślonych kartek, ani nie uśmiecha nam się przepisywać wszystkiego od nowa. Dzisiaj co prawda koszt nowej kartki papieru już raczej nie jest zauważalny (chyba że korzystamy z jakiejś nieziemsko snobistycznej papeterii), nie wolno nam jednak zapominać, iż w czasach pisania Listów koszt zarówno papirusu jak i pergaminu był znaczący.

Z tego to powodu teologia uczy tzw. czytania akapitami i w pierwszym rzędzie odnosi tę zasadę do Listów Apostolskich. (niektórzy teologowie stotują ją wyłącznie do nich). Zasada ta mówi, że nie wolno formułować żadnego wniosku na podstawie żadnego wersetu z Listów, jeżeli akapit, w którym występuje, jest na inny temat. Jeżeli przykładowo Paweł pisze w danym akapicie o odwiedzinach w Rzymie, nie wolno na podstawie żadnego wersetu z tego akapitu formułować żadnych innych nauk, na przykład o zbawieniu, o zasadach życia we wspólnocie i tak dalej.

Innymi słowy – jeden akapit = jedna nauka. Nie więcej.

paragraph

Zasada czytania akapitami opiera się na dwóch faktach:

1) Wstawianie zdań wyrwanych z kontekstu jest wysoce nieprawdopodobne (o czym mówi powyższa argumentacja)
2) Bariery językowe i kulturowe po 2000 latach są na tyle poważne, iż nawet gdyby Listy zawierały jakieś wyrwane z kontekstu wyrażenia, bezdyskusyjne odczytanie ich byłoby niemożliwe.

W praktyce zasadę tę stosujemy następująco – jeżeli chcemy się dowiedzieć, co któryś z Apostołów pisał  o małżeństwie, szukamy całego akapitu na ten temat. Ignorujemy wszystkie pojedyncze wersety, które – jak nam się wydają – mogą coś dodać do tematu.

Poprzez akapit raczej nie rozumiem drukowanego akapitu, który mamy w naszym wydaniu Biblii, ale logiczną część Listu; chociaż już lepiej uważać na te drukowane niż na żadne.

Wróćmy do tytułowego 2. rozdziału Listu Jakuba.

Przez wiele lat wierzyłem, że jest to jeden z najtrudniejszych fragmentów Biblii. Nie wymyśliłem tego sam; powtarzałem to po sporej licznie teologów. Sam Luter nie rozumiał, o co Jakubowi chodziło, nazwał ten List „słomianą wiarą” i stwierdził, że w ogóle nie powinien być w kanonie Nowego Testamentu.

martinluter

Część współczesnych liberalnych teologów uważa, że w pierwszym wieku istniały dwa nurty chrześcijaństwa, pierwszy z nich – reprezentowany przez apostoła Pawła, twierdził, iż człowiek bywa „zbawiony” – potocznie „idzie do nieba” {{1}} [[1]] używam cudzysłowia w obu wyrażeniach, bo oba są używane na ogół w sposób nieprecyzyjny i daleki od generalnego przesłania Biblii [[1]] na podstawie samej wiary. Drugi nurt – reprezentowy m.in. przez Jakuba – miał głosić, że do „zbawienia” potrzebne są zarówno wiara, jak i uczynki.

No i jak się nie zgodzić, jeśli zobaczymy obok siebie te dwie wypowiedzi – Pawła i Jakuba?

 Uważamy bowiem, że człowiek bywa usprawiedliwiony przez wiarę, niezależnie od uczynków zakonu. (Rzymian 3:28)

Widzicie, że człowiek bywa usprawiedliwiony z uczynków, a nie jedynie z wiary. (Jakuba 2:24)

Czy rzeczywiście Jakub i Paweł się ze sobą… kłócą?

klotnia

Jeśli tak, to całą teologię biblijną możemy uznać za nic nie wartą. Jeżeli Biblia zawiera jedynie luźne pomysły różnych ludzi, i nie ma w tym wszystkim natchnienia Bożego… to nie ma sposobu sprawdzić, które z tych poglądów są prawdziwe, które nie. Pozostaje nam zostać agnostykami.

Jeśli Bóg natomiast nie chciał, abyśmy zostali agnostykami, musiał przy Biblii czuwać, aby doktryna nie została znieszktałcona. Wierzę zatem, iż Biblia jest całkowicie spójna. Jakub zatem nie może przeczyć Pawłowi.

Rozwiązaniem tego „arcytrudnego tekstu” (który wcale trudny nie jest) jest zastosowanie zasady kontekstowości, o której wyżej wspomniałem. Zasada ta pozwoliłaby mi zrozumieć 2. rozdział Listu Jakuba pewnie ze 20 lat wcześniej.

Tradycyjne tłumaczenie omawianego rozdziału wnioskuje, iż Jakub przestrzega wiernych, iż każdy, w którego życiu nie widać konkretnych owoców nawrócenia, zbawiony nie jest, i czeka go wieczne potępienie.

Jaki jednak w tym sens, jeśli nigdzie nikt wyraźnie nie określa, jakie te owoce mają być? Wszystkie Kościoły głoszą, iż każdy człowiek jest daleki od doskonałości i wciąż grzeszy, a granica grzeszenia zbawionego człowieka i niezbawionego człowieka jest inna gdzie nie popatrzysz. W Polsce wielu chrześcijan uważa ludzi palących papierosy za niezbawionych. Trzeba było zobaczyć miny członków jednego kościoła baptystycznego, gdy zaproszeni baptyści z Irlandii po nabożeństwie odpalali jeden od drugiego!

Koniec końcem nikt do końca nie wie, czy jest zbawiony czy nie, a religia na tym ubija świetny interes, bo gdy wierni żyją w strachu, kasa kościelna pusta raczej nie będzie.

Jak religia tłumaczy drugi rozdział Listu Jakuba?

Cóż to pomoże, bracia moi, jeśli ktoś mówi, że ma wiarę, a nie ma uczynków? Czy wiara może go zbawić? (Jakuba 2:14)

Tłumaczenie religii: Jakub rozpoczyna udowadnianie, że na podstawie samej wiary nikt nie może być zbawiony.

Ty wierzysz, że Bóg jest jeden? Dobrze czynisz; demony również wierzą i drżą. (Jakuba 2:19)

Tłumaczenie religii: Nawet diabeł ma wiarę w Boga, a mimo wszystko zbawiony nie będzie.

Czyż Abraham, praojciec nasz, nie został usprawiedliwiony z uczynków, gdy ofiarował na ołtarzu Izaaka, syna swego? (Jakuba 2:21)

Abraham poszedłby do piekła, gdyby Izaaka nie ofiarował? Wprawdzie nie słyszałem nigdy, by ktoś tak to ujął, niemniej takie są implikacje religijnego rozumienia omawianego rozdziału.

 Widzicie, że człowiek bywa usprawiedliwiony z uczynków, a nie jedynie z wiary. (Jakuba 2:24)

Tłumaczenie religii: Sama wiara bez uczynków prowadzi człowieka do otchłani piekielnych.

Sam się sobie dziwię, że kiedyś bez większych zastrzeżeń akceptowałem taką interpretację tego tekstu. Trzeba mieć naprawdę grubą zasłonę na oczach, aby takie idiotyzmy akceptować.

Pomyśl przez chwilę – Abraham został usprawiedliwiony na podstawie wiary…

Wtedy uwierzył Panu, a On poczytał mu to ku usprawiedliwieniu. (Rdz 15:6)

I po około 20 latach wykazał, że jego wiara owocuje uczynkami…

I rzekł: Weź syna swego, jedynaka swego, Izaaka, którego miłujesz, i udaj się do kraju Moria, i złóż go tam w ofierze całopalnej na jednej z gór, o której ci powiem. (Rdz 22:2)

Jeśli zatem martwisz się, iż twoja wiara nie ma wystarczających uczynków do tego, by cię zbawić, nie martw się – Abraham wykonał jeden uczynek po 20 latach, i to wystarczyło 🙂 Jeszcze śmieszniejsze jest rozpatrywanie w kontekście życia wiecznego przykładu Rachab. Prostytutka, która ukryła dwóch wywiadowców, a później kłamała na ten temat? Zaiste, uczynki wykazujące niezbicie, iż jesteśmy zbawionymi dziećmi Bożymi!!

Popatrzmy też jeszcze raz na 2:19 – jest tam dwukrotnie użyty czasownik „wierzyć”  – ale czy ta wiara ma cokolwiek wspólnego z życiem wiecznym? „Ty wierzysz, że Bóg jest jeden” – czy ktokolwiek głosi, że aby zostać zbawionym trzeba tylko wierzyć, że jest jeden Bóg? Nie! Widzę tu jedynie odniesienie do głównego wyznania wiary Izraela: „Słuchaj, Izraelu! Pan jest Bogiem naszym, Pan jedynie!” (Pwt 6:4). Wyznania, którym szczycił się każdy żyd. Jakub pokazuje, iż sam fakt wiary w Boga nie jest powodem do chluby, a bliźnim naszym nie przynosi żadnej korzyści.

O czym w ogóle Jakub pisze w drugim rozdziale tego Listu?

 Bracia moi, nie czyńcie różnicy między osobami przy wyznawaniu wiary w Jezusa Chrystusa, naszego Pana chwały. Bo gdyby na wasze zgromadzenie przyszedł człowiek ze złotymi pierścieniami na palcach i we wspaniałej szacie, a przyszedłby też ubogi w nędznej szacie, a wy zwrócilibyście oczy na tego, który nosi wspaniałą szatę i powiedzielibyście: Ty usiądź tu wygodnie, a ubogiemu powiedzielibyście: Ty stań sobie tam lub usiądź u podnóżka mego, to czyż nie uczyniliście różnicy między sobą i nie staliście się sędziami, którzy fałszywie rozumują? (Jakuba 2:1-4)

Nie czyńcie różnicy między osobami” – czytałem kilka prześmiesznych wypocin teologicznych, gdzie autorzy byli przekonani, iż w tym zwrocie Jakub przestrzega, aby nie oddawać jednej osobie „Trójcy Świętej” większej czci niż innej, ale teraz nie czas na nielogiczne i wyrwane z kontekstu tłumaczenia, a te… normalne.

Nie trzeba być geniuszem, by potrafić przeczytać, o czym Jakub tutaj pisze. Pisze o stronniczym traktowaniu ludzi z uwagi na wielkość ich majątku. Jakże aktualny to temat dzisiaj! Daj księdzu czy pastorowi odpowiednią „ofiarę”, a twoje imię wyryje złotymi literkami przy wejściu. Niejeden ksiądz odmówi pochówku na kościelnym cmentarzu kogoś, kto nie chodził do kościoła, ale daj 10 tysięcy na ofiarę, to zmieni zdanie. Pieniądze rządziły i żądzą światem. Gdy nimi rzucasz traktują cię lepiej, i leczą szybciej, i modlą się więcej, a przy załatwianiu spraw – twoja będzie załatwiona poza kolejnością.

milosc_pieniedzy

Jakub używa mocnych słów i argumentuje ten sam temat na kilka sposobów, pokazując, jak istotna jest to sprawa.

– Wykazuje, iż Bóg wybrał przede wszystkich biednych w oczach tego świata (2;5)

– Odnosi się do doświadczeń adresatów – przecież ucisk, jakiego zwykli ludzie doświadczają, na ogół pochodzi od bogatych (2:6-7)

– Odnosi się do zakonu (Jakub pisze do wierzących w Chrystusa żydów – popatrz na rozpoczynające List słowa – dla których zakon jest wciąż ważnym odniesieniem i częścią kultury) (2:9-12)

– Dalej podaje kilka logicznych argumentów potępiających pogląd, iż sama wiara wystarczy, aby wszyscy żyli szczęśliwie. (2:9-15nn).

W kontekście jest tylko i wyłącznie stronniczość odbiorców listu! I tylko nasze obecne, ziemskie życie! Jakub w ogóle nie odnosi się do życia wiecznego – bądź wiecznego potępienia – strofuje adresatów tak samo, jak i my strofujemy nasze dzieci, kiedy coś nabroją – ale tak samo jak i my dzieci piekłem nie straszymy {{2}} [[2]] a jeśli straszymy, to powinniśmy szukać pomocy psychiatry[[2]] tak samo i on! Jeszcze raz popatrz, o jakiej wierze mówi Jakub – „że Bóg jest jeden” – pod tymi przecież i współcześni żydzi moga się podpisać, i nawet muzułmanie!

Wiem, że używanie przez Jakuba czasownika „usprawiedliwić” wydać się może dziwnie, gdyż termin ten głównie odnosi się do relacji między człowiekiem i Bogiem, podczas gdy cały akapit opisuje jedynie relacje między ludźmi, ale zapewne używa tu pewnej skomplikowanej stylistyki którą dzisiaj trudno odczytać. Żeby było jeszcze ciekawiej, popatrz, co pisze Paweł:

Bo jeśli Abraham z uczynków został usprawiedliwiony, ma się z czego chlubić, ale nie przed Bogiem. (Rz 4:2)

Czy Paweł pisze o dwóch rodzajach usprawiedliwienia – jedno przed Bogiem, drugie przed ludźmi? Czy do tego drugiego rodzaju odnosi się Jakub?

Ciekawe pytania! Wychodzą jednak poza temat tego artykułu.

Przestań wierzyć religii! Jakub nigdzie w swoim liście nie zajmuje się w ogóle tematem życia wiecznego, nawet nie wspomina ani słowem nic na ten temat. Zajmuje się tylko i wyłącznie tematem zachowania, które przystoi chrześcijanom. Jakakolwiek wstawka na temat życia wiecznego, zbawienia lub jego braku, byłaby w tym liście dziwna, gdyż nie pasowałaby do całej tematyki. Spróbuj przeczytać cały List do Jakuba za jednym razem, wyobrażając sobie, że czytasz go pierwszy raz. Nie odnoś groźnie brzmiących słów do „życia po śmierci”, jeżeli nie jest jasno powiedziane, że chodzi o to – skup się na tym, na czym skupia się Jakub – na naszym życiu tu i teraz!