Bóg cię kocha, ale…

Młoda kobieta przyszła do psychologa.

Powiedziała, że coś chyba z nią nie tak, bo chociaż niewiele minęło od jej ślubu, nie czuje już do swego męża żadnej miłości. Gdy o nim pomyśli, czuje natomiast… strach.

Opowiedziała następnie, co dzieje się w ich domu. Mąż nieustannie zapewnia ją o swojej miłości i wierności, i że dotrzyma przysięgi małżeńskiej, że nie opuści jej aż do śmierci. Bezwarunkowo. Mówi to wszystko codziennie, następnie dodaje –

 ALE

„Ale jeżeli ty nie będziesz mi wierna, lub nie będziesz mnie kochała tak, jak ja tego chcę, lub nie będziesz robić tego, co chcę, wrzucę cię do piwnicy, przykuję łańcuchem i będę chłostał pasem dzień dzień, tak długo, jak tylko będę dał rady!”

Czy psycholog powinien rozpocząć terapię tej kobiety… czy zawiadomić policję i zalecić jej nie wracanie do domu?

Jeszcze jedna historia.

Pewien chłopiec

wykrzyczał swojemu ojcu, że go nienawidzi. W odpowiedzi na to, ojciec przywiązał go do łóżka i torturował bez jedzenia i picia przez kilka dni. Czy powinniśmy ukarać ojca, czy może syna, a ojciec dobrze zrobił, karząc syna za jego nienawiść?

Scared face

Czy masz jakiekolwiek wątpliwości, że w powyższych historiach to właśnie z mężem (z pierwszej) i ojcem (z drugiej) jest coś poważnie nie tak? Jeśli nie masz, gratuluję. Jeżeli jednak jesteś przeciętnym chrześcijaninem, obawiam się, że za osobę podobną do tych ludzi uważasz…

Boga.

Bóg cię kocha, ale… jeśli ty nie będziesz Go kochać, wrzuci cię do piekła na wieczne tortury.”
Bóg wybacza wszystkie grzechy… ale jeśli przekroczysz jedno z niezliczonych przykazań w jakiś określony sposób, żegnaj niebo, witaj piekło.”
Bóg przyjął cię do swojej rodziny… ale jeśli trochę za bardzo narozrabiasz, wyrzuci cię z niej bez możliwości powrotu.”
Bóg kocha dzieci… zanim nie osiągną wieku odpowiedzialności, a wtedy – albo nawrócenie – albo piekło.”

Bóg – doktor Jekyll czy pan Hyde?

Trudno mi pojąć, dlaczego prawie wszyscy chrześcijanie są w stanie godzić „uosobienie miłości” z sadystycznym tyranem, karzącym za byle co w sposób nieproporcjonalnie okrutny. Pojąć mi to trudno, chociaż… sam wiele lat tak o Bogu tak myślałem.

Aby ratować ten wewnętrznie sprzeczny obraz Boga w naszych umysłach, na ogół rozdzielamy miłość Bożą od naszej miłości i rozumiemy przez nie zupełnie inne rzeczy.

Weźmy dla przykładu miłość rodziców do naszych – w jej idealnym przykładzie rodzice są czuli, delikatni, nastawieni na najwyższe dobro dziecka. Codziennie o miłości swej dziecko zapewniają wielokrotnie. Zawsze są gotowi wszystko przebaczyć, zamiast stosowania jakichkolwiek kar preferują doprowadzanie do sytuacji, gdzie dziecko będzie samo doświadczało konsekwencji swoich czynów (oczywiście w sposób kontrolowany i bezpieczny) i uczyło się z nich.

Boża miłość natomiast – według najczęściej spotykanego chrześcijańskiego schematu – jest zupełnie inna. Przebacza tylko po spełnieniu określonych warunków. Nigdy do końca tak naprawdę nie możemy być pewni, czy Bóg nam wszystko wybaczył. A jeśli nie wybaczył, to kara czeka nas niesamowita – nie w celu poprawy, ale w celu – nie wiem – zemsty? Nieskończone tortury, lub – w niektórych łagodniejszych odmianach doktrynalnych – wieczne oddalenie od Boga w jakimś ponurym miejscu?

Czyja miłość wydaje nam się doskonalsza?

Tak! Nasza własna! Potrafię być lepszym rodzicem, niż taki „bóg”. Bluźnię? Jeśli tak, to nie bluźnię przeciwko Bogu, ale temu bożkowi stworzonemu przez religię.

Dobra nowina – dla kogo?

Wyraz „ewangelia” w oryginale greckim oznacza „dobra nowina”. Czy kiedy myślisz o ewangelii, serce wypełnia ci radość? Nie? Przecież to dobra nowina!!! Ale… dobra dla kogo? Może dla bezgrzesznych ludzi, ale takowych nie ma. Poza tym nawet gdybym był bezgrzeszny, mógłbym trafić do takiego Kościoła, który bardzo szczegółowo opisuje, jaki to rodzaj wiary jest „zbawczą wiarą” i mógłbym się do ich definicji nie załapać.

Istnieje około tysiąca denominacji chrześcijańskich i niełatwo znaleźć pośród nich dwie, które by się w 100% zgadzały co do odpowiedzi na pytanie „jak można się znaleźć w gronie szczęśliwców, którym przypadnie w udziale życie wieczne”.

Która denominacja mówi prawdę?

A może… żadna?

Wśród zarzutów, które chrześcijanom wysuwają ateiści, agnostycy i ludzie innych wyznań, przodują dwa:

Jak miłosierny Bóg może dopuszczać do takiego ogromu cierpienia na świecie?

Jak miłosierny Bóg może skazywać ludzi na wieczne męki w ogniu piekielnym?

Odpowiedź na pytanie pierwsze – to temat na osobny artykuł. Odpowiedź na pytanie drugie jednak jest trywialnie prosta.

Jeżeli całe życie coś ci „nie grało”, coś nie pasowało w obrazie wiecznych tortur z rąk Boga, który jest miłością…

MASZ RACJĘ. To nie pasuje.

Nie przejmuj się opinią większości. Posłuchaj swojej logiki.

Nie słuchaj idiotycznych tłumaczeń w stylu „Bóg nikogo nie wrzuca do piekła, ludzie sami Go odrzucają i wybierają piekło”. Nie ma takiego człowieka, który po kilku minutach (a raczej i sekundach) siedzenia w ogniu dalej chciał tam siedzieć, a tutaj mówimy o wieczności!

Jednak nie nasza intuicja i nie logika są ostatecznym dowodem na to, że te wieczne tortury to wymyślona bzdura.

Faktem mało znanym jest to, że na temat piekła… ani słowa nie znajdziesz w Biblii. Tutaj znajdziesz więcej na ten temat.

Mnóstwo ludzi, zwłaszcza „głęboko religijnych”, reaguje bardzo emocjonalnie gdy kwestionuje się przy nich istnienie piekła. Może to wydawać się dziwne… przecież powinniśmy chyba się cieszyć, jeśli jest szansa, że coś tak okropnego, czym straszą nas w niemal wszystkich kościołach, jest tylko wymysłem i nie istnieje, czyż nie? Jeśli sam odczuwasz negatywne emocje gdy ktoś przy tobie podważa piekło, zastanów się, dlaczego. Powody takiego niepokoju prawie zawsze spowodowane są przez dwie możliwe przyczyny: albo sami podświadomie myślimy, że nasze poglądy „nie trzymają się kupy”, albo… nie może nam się pomieścić w głowie, że Bóg może wybaczyć wszystkim ludziom, bez powodu, bez warunków, gdyż… sami tego nie potrafimy.

Zamiast patrzeć na to, co mówi nam religia, popatrzmy na chwilę na świat! Zostaliśmy stworzeni na obraz Boży! Popatrz na matkę tulącą niemowlę. Popatrz na szał radości dwojga zakochanych, którzy widzą się pierwszy raz po długiej przerwie. Zaobserwuj zachwycony, zakochany wzrok rodzica, kiedy dziecko robi pierwsze kroki. Albo idącą pod rękę parę 80-ciolatków, patrzących sobie w oczy z czułością, jak gdyby byli parą zaświergolonych nastolatków…

To tylko cień miłości, jaką ma do nas Bóg.

 W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy.
My miłujemy [Boga], ponieważ Bóg sam pierwszy nas umiłował. (1 J 4:10.19)

Nas” nie oznacza katolików, chrześcijan, baptystów. Oznacza również ateistów, „innowierców”, a także morderców… i wszystkich najgorszych ludzi, których sobie potrafimy wyobrazić. Jego miłość oznacza dla nas między innymi to, że nie musimy się obawiać kary za grzechy! Jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości, że dla Boga jakimkolwiek problemem jest wybaczenie nam grzechów, zobacz, jak robił to Jezus, obraz Boga na ziemi. Pewnego dnia przynieśli do Niego sparaliżowanego człowieka.

 Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy. (Mk 2:5)

Jezus nie wymagał pójścia do spowiedzi, obietnicy poprawy, zadoścuczynienia, ofiary na biednych.

Wybaczył, chociaż nie był o to nawet proszony.

I taka właśnie jest miłość Boża.

Ostatnia edycja: 17 stycznia 2022

Religia = strach

Scared face
Niniejszy artykuł kieruję do tych z was, którzy wątpią w to, co słyszą co niedziela w kościele, ale boją się wątpić, myśląc, że Bóg ich potępia za te wątpliwości.

Wydaje się, że przeważająca większość ludzi nie ma tego problemu… a może udało im się samym sobie wmówić, że nie mają? Kiedyś im zazdrościłem, zwłaszcza w trudnych chwilach, kiedy przechodziłem wewnętrzne katusze, zastanawiając się, czy za swoje wątpliwości nie pójdę do piekła, a prawie wszyscy znajomi pukali się w czoło. Raczej pukali-BY się, bo oczywiście nikomu się nie przyznawałem, o czym myślę.

Dzisiaj moja perspektywa się jakże zmieniła! Obecnie uważam, że wątpliwości to wspaniała sprawa, i jedyny problem jest z tym, że zbyt rzadko z prawa do nich korzystamy.

Temat wątpienia w ogóle towarzyszy mi całe życie. Kiedy pierwszy raz kwestionowałem różne zasady religijne, wszyscy pukali się w czoło. Niektórzy mówili, że ‘mam diabła’. Nierzadko stawałem przed wyborem – iść z większością albo iść zupełnie samotnie. A ja byłem w swoich wierzeniach zupełnie odosobniony (było to jeszcze przed erą Internetu i szukanie ludzi o niestandardowych poglądach było zadaniem niełatwym). Prawie wszyscy znajomi sugerowali mi, że coś ze mną nie tak; a ja mnóstwo razy zadawałem sobie pytanie – czy jest możliwe, bym był jedyną osobą w tłumie, która ma rację? Czy to nie pycha – tak myśleć o sobie?

Bałem się. Nie wiedziałem wtedy, że ten strach był celowo we mnie wywołany.

Z pomocą przyszło mi… graffiti z jakiegoś muru. Było napisane:

Jedzcie g***o, miliony much nie mogą się mylić!

Odkąd zobaczyłem ten tekst, towarzyszy mi on całe życie. Uważam, że jest absolutnie genialny! „Większość” nie jest żadnym argumentem. Możesz być jedyną osobą z miliona i wciąż mieć rację. I nie jest to kwestia pychy i pokory. To kwestia prawdy.

(Oprócz tego tekstu o muchach widziałem też podobny, który też moim zdaniem świetnie ujmuje temat: tylko zdechłe ryby płyną z prądem.)

Jest powiedzenie:  jeśli ktoś cię nazwię osłem raz, zignoruj go. Jeśli stanie się to dwa razy w ciągu jednego dnia, zastanów się nad tym. Jeśli trzy, idź i kup sobie siana.

Jakkolwiem mądre (choć niespecjalnie biblijnie uzasadnione) przysłowie to się wydaje, uważam, że z tych trzech porad, które podaje, tylko środkowa ma sens.

Załóżmy, że mieszkasz od urodzenia w jakiejś wiosce, gdzie wszyscy wyznają jakąś zabobonną religię. I wszyscy, których znasz, to ekstremiści, głoszący potrzebę nawracania świata z jedyną możliwą alternatywą – śmiercią dla niewiernych. Nie znasz innego światopoglądu. Nie masz radia, Internetu, nie masz możliwości konfrontacji swoich poglądów z nikim innym.

Najprawdopodobniej przeżyjesz swoje lata i umrzesz w przekonaniu, że znasz prawdziwą religię. I bardzo możliwe, że nigdy nie będziesz miał żadnych wątpliwości. Większość ludzi nie ma. Albo ma tylko przez ulotne chwile.

A co jeśli… któregoś dnia poznasz chrześcijanina, usłyszysz o prawdziwym Bogu i uwierzysz w Niego?

Czy pobiegniesz z radością do swoich bliskich i opowiesz im o tym? Nie, bo wiesz, że mogą cię za to zabić. Zakładam, że nie jesteś w tym jednym może promilu ludzi chętnych do męczeństwa. Będziesz miał wybór – zachować swoje przekonanie do siebie i żyć z wewnętrznym konfliktem, czując się wyobcowanym wśród ludzi praktykujących obcą ci już religię… albo spróbować przekonać siebie samego, że jednak to twoja rodzina i przyjaciele mają rację.

Blisko 100% ludzi wybiera drugą opcję. Nawet w Polsce, gdzie śmierć za zmianę wyznania nie grozi.

Dlaczego? Przyczyną jest zawsze strach. Jeśli nawet nie musimy w Polsce obawiać się śmierci z powodu innych poglądów religijnych, boimy się wytykania palcem, wyśmiewania, kłopotów w przyszłości (np. ksiądz może odmówić ślubu w kościele). Boimy się alienacji.

Ale to dopiero początek strachu. Najbardziej bowiem… boimy się Boga.

A nie powinniśmy. Bóg jest dobry. Strach wywołała religia, nie Bóg.

preacher

 Prześledźmy mechanizm, jak to się dzieje.

O ile głęboka wiara w Boga to dzisiaj rzecz rzadka, to życie wiarą, nacechowane troską o bliźnich i pokornym dążeniem do doskonałości nie dlatego, aby być najlepszym ale dlatego, aby lepiej pomagać innym, występuje rzadziej, niż urodziny cielęcia z dwiema głowami. Normy moralne narzucane przez niemal wszystkie religie są natomiast bardzo wysokie. A na domiar złego, ilość ludzi określających się jako religijnych, jest procentowo w Polsce ogromna. Rocznik Statystyczny z 2013 roku podaje, że wciąż mamy oficjalnie 86% katolików. Porównanie z innym krajami można zobaczyć na http://en.wikipedia.org/wiki/Religions_by_country – Polska jest w czołówce, a wyprzedzają nas głównie malutkie kraje Trzeciego Świata, o których przeciętny Polak nawet nie słyszał.

We wszystkich miejscach, w których istnieje Kościół większościowy lub narodowy, niemal wszyscy jego członkowie należą do niego tylko powierzchownie i nie jest z tym związana żadna duchowość. W  Polsce większość katolików chodzi do kościoła machinalnie i na tym ich związek z Kościołem się kończy. Są natomiast miejsca w USA, gdzie katolicy stanowią poniżej procenta populacji – i często są to nadzwyczaj żywe wspólnoty, których członkowie celują w znajomości Biblii i ofiarnej pracy na rzecz bliźnich. Z Kościołem baptystycznym jest odwrotnie – w Polsce stanowi jedynie ok. jednej setnej procenta populacji i wspólnoty baptystyczne są bardzo żywe, podczas gdy w USA, gdzie jest prawie 70 tysięcy kościołów baptystycznych i gdzie mieszka połowa baptystów świata, jest powiedzenie, że baptysta jest w Kościele tylko dwa razy w życiu – na swoim chrzcie i na swoim ślubie.

Czy duchowni lub inni liderzy wspólnot religijnych nie wiedzą, że zdecydowana większość ich wiernych wcale nie jest zbyt wierna? Nie są przecież ślepi. Nie wyrzucają jednak nikogo z kościoła z powodu duchowej bylejakości. Dlaczego? Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to oczywiście chodzi o pieniądze. Skreślenie kogoś z listy to pozbawianie się części dochodu, a każda „duszyczka” to przecież dochód dla parafii. Dzisiaj mało kogo da się przekonać do dziesięciny i większość kościołów lokalnych swój dochód opiera na niedzielnej tacy.

I tu niedzielna obecność wiernych bardzo popłaca. Przynajmniej dla księdza czy pastora.

Wyobraź sobie, że jesteś takim duszpasterzem w średniej wielkości mieście, i twoja wspólnota stanowi 1000 głów. Wystarczy, że co druga osoba będzie obecna w kościele co niedzielę, i da 5 złotych.  I już masz dochód 10 tysięcy miesięcznie (500 ludzi razy 5 złotych razy 4 niedziele w miesiącu), co wystarczy na rachunki i godziwe życie. A co gdy będzie długi weekend z piękną pogodą, i do kościoła nie przyjdzie 500 osób, a jedynie 100? Już masz 2 tysiące mniej. A co, jeśli lato jest nieznośnie długie i piękna pogoda jest co niedziela?

Masz dwie opcje – sprawić, by ludzie albo zechcieli przychodzić do kościoła, albo by uwierzyli, że muszą to robić.

Ta pierwsza opcja jest niesamowicie trudna. Wiem z doświadczenia, swojego i cudzego. Czasem zaś prawie niemożliwa. Niektóre grupy ludzi są niemożliwe do reformowania. Nigdy oczywiście do końca nie można przewidzieć, jak dana wspólnota się zachowa, i należy do końca próbować, co robił choćby apostoł Paweł, ale czasami skutki będą bliskie zerowym.

Jak można zatem sprawić, by ludzie musieli chodzić do kościoła?

 Postraszyć karą Bożą!!!

I taki przykładowo Katechizm Kościoła Katolickiego dobrowolną rezygnację z pójścia do kościoła w „dni nakazane” nazywa grzechem ciężkim (KKK 2181), zaś kto umrze w stanie grzechu ciężkiego, idzie do piekła (KKK 1033).

Całą młodość nad tym rozmyślałem! Dziwiłem się, czy to jest sprawiedliwe, że całe życie mogę starać się żyć jak należy, a jednego dnia nie zechce mi się iść do kościoła, umrę, i… czekają mnie wieczne męki piekielne?

A ktoś, kto żyje byle jak, ale zdarzy mu się pójść do spowiedzi tuż przed śmiercią… ląduje „w niebie”?

Oczywiście upraszczam tu teologię katolicką, niemniej takie wnioski własnie płyną z różnych katechizmów lub „Kieszonkowych rachunków sumienia”.

Kościoły protestanckie odrzuciły większość zabobonów, ale trudno, myślę, wyobrazić sobie jakąkolwiek instytucję bez choć niewielkiej ilości tradycji, a każda tradycja zawiera zabobony. Niektóre wspólnoty przykładowo nauczają, że chrzest jest niezbędny do zbawienia (na marginesie zawsze ciekawiło mnie, dlaczego ci, którzy w to wierzą, nie chrzczą dzieci zaraz po urodzeniu, ale czekają najcześciej wiele tygodni, albo i miesięcy?). I chociaż zdecydowana większość Kościołów protestanckich naucza, iż zbawienie jest darem i zapracować na niego nie jest się w stanie, teologowie używają różnych sztuczek interpretacyjnych, by jednak jakieś warunki zbawienia postawić.

Zbawienie jest darmowe, ale…

  •  Trzeba wypowiedzieć „modlitwę grzesznika”
  •  Trzeba odwrócić się od absolutnie wszystkich grzechów
  •  Trzeba mieć poprawną doktrynę
  •  Trzeba wytrwać w zbawieniu
  •  Nie wolno popełniać grzechów świadomie
  • – Nie wolno popełniać grzechów wymienionych w 1 Koryntian 6:9-10

Religia wymyśliła (tak! wszystkie powyższe punkty to wymysły nie uzasadnione w żaden sposób Biblią!) te (i inne) warunki, by trzymać wiernych „w ryzach”. Wystarczy zasiać w umyśle ziarno niepewności, aby uniezależnić człowieka od kościoła. Będzie tam chodził co niedziela, choćby po to, by usiłować rozwiać te same wątpliwości, które zostały tam zasiane.

screaming_at_child

Część Kościołów poszła w rozwoju dalej, i przyznała, że zbawienie nie ma nic wspólnego z tym, czy nie palimy papierosów i czy pomagamy staruszkom w przechodzeniu przez ulicę. Jeżeli zatem nie da się utracić zbawienie, to może da się utracić… relację z Bogiem? Jego błogosławieństwo?

Czyli – jeżeli będę za dużo grzeszyć, Pan Bóg nie będzie mnie lubił. Powiązana jest z tym bardzo popularna idea tzw. kary za grzechy.

 Nie zdałem egzaminu na prawo jazdy, bo wcześniej ściągałem na klasówce w szkole. Wyrzucono mnie z pracy,co było karą Bożą za to, że nie płaciłem podatków. Zgubilem portfel, bo miałem myśli nieczyste… Pan nie będzie mi błogosławił, jeśli nie będę się regularnie modlił/czytał Biblii/głosił Chrystusa…

 Jeśli masz szczęście być we wspólnocie, która żadnej z wyżej wymienionych bzdur nie naucza – ceń ją jak diamenty. To wielka rzadkość.

Tych, którzy wierzą, że Bóg dziś karze ludzi za grzechy, chciałbym się spytać, dlaczego Bóg pozwolił na długie życie i dostatek wielu zbrodniarzom, którzy odpowiedzialni są za cierpienia tysięcy lub nawet milionów?

No i w ogóle  dlaczego karze za grzechy, skoro obiecał, że o nich zapomni (Hbr 8:12.10:17)?

Nie bój się myśleć samodzielnie! To ludzie będą wściekli, nie Bóg, bo Bóg cię nie utraci, a twój ksiądz/pastor może! Mogą czekać cię niełatwe chwile; wielu ludzi wybaczyłoby ci łatwiej zabójstwo niż samodzielne myślenie (oni nazywają to herezją), ale później osiągnąć możesz pokój w sercu, którego religijni ludzie nigdy nie doświadczą!

Bardzo możliwe, że nie będziesz miał nikogo, kto rozumie twoje wątpliwości. Świetnie się stanie, jeśli kogoś takiego znajdziesz, niemniej musisz pamiętać, że znajomości Boga nie poprawią teologiczne dyskusje. Źródłem wiedzy o Bogu jest przede wszystkim sam Bóg, a On jest w stanie nauczyć cię wszystkiego, co potrzebujesz, bez niczyjej pomocy!

 Jeśli zaś komuś z was brakuje mądrości, niech prosi o nią Boga, który daje wszystkim chętnie i nie wymawiając; a na pewno ją otrzyma. (Jakuba 1:5)

 

Modlitwa, na którą Bóg nie odpowiada

pray03

Wszyscy ludzie wierzący się modlą – jedni godzinę dziennie, inni pięć minut rocznie, ale wszyscy. Chociaż słyszymy cudownie brzmiące teorie idealnej modlitwy a chrześcijańskie księgarnie wypełnione są książkami na ich temat, nasza rzeczywistość na ogół ideału zupełnie nie przypomina. Kiedy mamy wrażenie, że wszystko w naszym życiu jest z grubsza w porządku, zapominamy o modlitwie. A jak trwoga, to do Boga – prawdopodobieńswo padnięcia na kolana jest proporcjonalne do ilości problemów, przez które w danym czasie przechodzimy.

Czujemy, że tak być nie powinno, ale najczęściej tak jest.

Dlaczego tak się dzieje? Mamy osobisty dostęp do samego Boga, mnóstwo zachęty w Biblii; czyż nasze serce nie powinno się wyrywać do modlitwy?

***

Niektórzy ludzi mówią, że wierzą w Boga „od dzieciństwa”. Wielu chrześcijan, zwłaszcza ewangelicznie wierzących, potrafi jednak podać czas – czasem nawet dokładnie godzinę – o której zaczęli wierzyć i był to wtedy ogromny przełom w ich życiu. U prawie wszystkich modlitwa wtedy płynęła bez problemu, kilku latach jednak okazało się, że jakoś wyparowała z ich życia niemal zupełnie.

Jestem przekonany, że winą takiego stanu rzeczy są błędne nauki, którmi karmi się chrześcijan w kościołach. Błędne nauki na temat samej modlitwy, ale przede wszystkim – na temat Boga i zagadnienia kiedy i dlaczego wysłuchuje On i odpowiada na nasze modlitwy.

Zrób prosty test.

Odpowiedz na pytanie – czy wierzysz, że Bóg zawsze słyszy twoją modlitwę? Zawsze,ale to zawsze, w 100% przypadków?

Wielu chrześcijan odpowie, że nie. Przecież, gdyby słyszał, odpowiedziałby?

A teraz wyobraź sobie, że za chwilę zaczniesz przeklinać Boga. Użyjesz najgorszych niecenzuralnych obelg, jakie znasz.

Zrobisz to? Czy wtedy będziesz miał jakiekolwiek wątpliwości, że tym razem do Boga twoja „modlitwa” dojdzie?

Zapewne tak.

Jaki jest zatem Bóg, w jakiego wierzysz??? Nie wysłucha modlitw ale na pewno dojdą do Niego bluźnierstwa?

W niniejszym artykule chciałbym obalić kilka przesądów na temat modlitwy. Przesądów, które, choć często głoszone z ambon, są niezwykle szkodliwe dla naszego zdrowia psychicznego, i powodują, że większość chrześcijan na świecie nie modli się wcale.

Uwaga wstępna – jak często podkreślam, nie głoszę na blogu tym „jedynej prawdy”. Skupiam się na zadawaniu pytań na które każdy może sobie sam odpowiedzieć; ewentualnie łatwiej mi o wiele wykazać, gdzie na pewno… lub niemal na pewno… prawdy nie ma.

Modlitwa… mówi się o niej wiele w niemal wszystkich religiach świata. Historia notuje wiele przypadków, gdy zatwardziali ateiści, w momencie zagrożenia życia, krzyczeli „Boże, ratuj!”. I większość z nas, kiedy na horyzoncie pojawia się jakaś tragedia, woła tak samo, mając nadzieję,że Bóg odmieni okoliczności, uleczy, przywróci dostatek…

I często Bóg zdaje się nic nie robić. Tragedia dochodzi do skutku. Pojawia się bardzo naturalne pytanie:

 Dlaczego Bóg nie odpowiedział na moją modliwę?

pray01

Ilość odpowiedzianych modlitw globalnie oscyluje zapewne wokół kilku procent. Znajdziesz setki książek rozważających pytanie „dlaczego Bóg nie odpowiada na nasze modlitwy?”. Ja, dla odmiany, chcę napisać, dlaczego nie – nie odpowiada. Ech, to wyglądało lepiej w mojej głowie, zanim to napisałem. Innymi słowy – jakie na pewno nie są przyczyny, dla których Bóg nie odpowiada na modlitwy. No nie, to wygląda jeszcze gorzej! Spróbuję jeszcze raz:

Jakie idiotyzmy na ogół usłyszymy, kiedy spytamy, dlaczego Bóg nie odpowiada na nasze modlitwy?

Dalej nie brzmi to doskonale, ale przynajmniej sens jest już jasny. Mam nadzieję.

 Idiotyzm pierwszy: Bóg nie odpowiada na modlitwę, jeżeli ma się zamierzany lub nie wyznany grzech w życiu.

Prawie zawsze przy okazji tego bzdurnego argumentu pada ten werset:

 Gdybym w mym sercu zamierzał nieprawość, Pan by mnie nie wysłuchał. (Ps 66, 18)

Zacznijmy od tego – jeżeli ktokolwiek uzasadnia jakąkolwiek doktrynę na podstawie jednego wersetu wyrwanego z któregoś z Psalmów, najlepiej będzie, jeśli odwrócisz się i pójdziesz w drugim kierunku. Lepiej być niegrzecznym niż karmić się kiepską teologią.

Psalmy służą pomocą w wielbieniu, w moditwie, są niemal czystą poezją i zawierają metafory, które nierzadko dziś brzmią śmiesznie i niezrozumiale. Znaleźć tam można też opisy bardzo autentycznych ludzkich emocji – na tyle autentycznych, że wielu ludzi religijnych nigdy by się pod nimi nie podpisało.

Psalmy jeszcze gdzieniegdzie zawierają elementy prorocze, i bywało nawet, iż Jezus lub apostołowie odnosili się do nich w sposób teologiczny, jednak nikomu nie wolno używać ich zgodnie z jakimś widzimisię… Chyba że uważamy, iż jesteśmy powołany do dopisania kilku ksiąg do Biblii.

Co to w ogóle znaczy „zamierzany grzech w życiu”? Czy jeżeli zamierzam iść do kina, zamiast podzielić się z ubogimi, czyż to już jest zamierzany grzech? A pospanie dłużej w niedzielę? Czy jeżeli w ogóle dopuszczam jakąkolwiek alternatywę oprócz totalnej świętości na każdą pozostałą sekundę mego życia, czy nie jest to już zamierzany grzech?

Szkoda czasu na to gdybanie. Opieranie się ja wyrwanym z kontekstu zdaniu z Psalmów jest niepoważne.

A cóż to jest „nie wyznany grzech”? Załóżmy, że naprawdę trzeba wyznawać grzechy (a czy trzeba – piszę o tym tutaj) – czy ktoś naprawdę wierzy, że jest w stanie pamiętać każdy swój grzech? Aby w to uwierzyć musisz przyjąć bardzo luźną definicję grzechu. Ja znam dwie dopuszczalne definicje – pierwsza to przekroczenie dowolnego z 613 przykazań Prawa Mojżesza, druga – to każde chybienie woli Bożej.

Wiele lat temu, pastor kościoła, do którego wtedy chodziłem, opowiadał mi, jak to przyszli do niego dwaj młodzi mężczyźni mówiąc, że potrzebują chrztu.

Pastor – Dlaczego tak myślicie?
Oni – Staliśmy się chrześcijanami.
Pastor – Skąd to wiecie?
Oni – Już nie grzeszymy?
Pastor – Nie grzeszycie???
Oni – Już nie.
Pastor – Może ze sobą  już nie grzeszycie… 🙂

Problem jednak jest o wiele głębszy, niż jakiś źle zrozumiany werset z Psalmów. Religia nie może pogodzić się z faktem, że Bóg niczego nie warunkuje naszym zachowaniem. Bóg odpowie na moją modlitwę nie dlatego, że powstrzymuję się od grzechów. Chrystus pojednał ze sobą nie tylko tych, którzy z całych sił starają się nie grzeszyć. I nie tylko tych, którzy w ogóle nie grzeszą. Rozwinę tę myśl za chwilę.

Idiotyzm drugi: Bóg odpowiada zawsze; czasem TAK, czasem NIE, czasem CZEKAJ.

Sam długo wierzyłem, że ta nauka jest prawdziwa; co gorsza, nauczałem nią innych, także rozumiem, dlaczego wydaje się poprawna. Są jednak dwa maleńkie problemy – po pierwsze, nauka ta jest zupełnie niebiblijna. Po drugie, dokładnie takie same rezultaty modlitwy otrzymamy, modląc się do pluszowego misia.

Nie wierzysz? Spróbuj. Postaw sobie pluszowego misia i pomódl się od niego w dowolnej intencji. Później czekaj i obserwuj. GWARANTUJĘ że otrzymasz jedną z tych trzech odpowiedzi – TAK, NIE albo CZEKAJ. To, że co drugi – jak nie lepiej – chrześcijanin powtarza tę tezę, nie oznacza, że ma cokolwiek z prawdą.

Idiotyzm trzeci – Bóg nie odpowie na twoje modlitwy z powodu jakiegoś konfliktu, który z kimś masz.

Podstawa prawna: 1 Piotra 3:7.

Sprawdźmy, co werset ten mówi:

 Podobnie mężowie we wspólnym pożyciu liczcie się rozumnie ze słabszym ciałem kobiecym! Darzcie żony czcią jako te, które są razem z wami dziedzicami łaski, [to jest] życia, aby nie stawiać przeszkód waszym modlitwom (1 P 3:7, BT)

Podobnie wy, mężowie, postępujcie z nimi z wyrozumiałością jako ze słabszym rodzajem niewieścim i okazujcie im cześć, skoro i one są dziedziczkami łaski żywota, aby modlitwy wasze nie doznały przeszkody. (1 P 3:7, BW)

Wstawiłem najpopularniejsze katolickie i protestanckie tłumaczenie, by zobaczyć, gdzież to teologia odczytuje, że Bóg nie odpowie na modlitwę, kiedy jestem z kimś w konflikcie… ale tak naprawdę dalej tego nie widzę! Używanie tego argumentu pokazuje nie tyle czyjąś mierną teologię, ale wręcz problemy z czytaniem ze zrozumieniem. „Aby modlitwy wasze nie doznały przeszkody” – no jasne, skoro mężczyzna nie okazuje żonie czci (czyli po prostu szacunku), trudno, żeby małżeństwo takie żyło zgodnie, a jakże można się razem modlić nie żyjąc w pokoju? Ten tekst w ogóle nic nie mówi o odpowiadaniu na modlitwy przez Boga, tylko o samym procesie wspólnej modlitwy!!

Równie dobrze tekst mógłby brzmieć „Nie stójcie na jednej nodze, aby nie stawiać przeszkód waszym modlitwom”. Stanie na jednej nodze nieco rozprasza, i – z wyjątkiem rekordzistów – czyni modlitwę bardzo krótką – ale nie ma to nic wspólnego z Bogiem!

Idiotyzm czwarty – kiedy będziesz miał wystarczająco mocną wiarę, Bóg odpowie na twoją modlitwę.

To najczęściej być może i najbardziej szkodliwy idiotyzm. Zupełnie zdejmuje odpowiedzialność z Boga i zostawia ją na człowieku. Bóg chce uzdrowić każdego, tylko nie każdy ma wiarę! I tutaj pojawiają się liczne cytaty.

Proponuję jeszcze raz przyjrzeć się uzdrowieniom w Biblii. Pomyślec, dlaczego czasem odbywały się zupełnie bez udziału osób uzdrawianych. Dlaczego Jezus powiedział słowa „twoja wiara cię uzdrowiła” ale nie powiedział nikomu „Bóg cię uzdrowił”.

No i z niemowlętami chorującymi i umierającymi? Brak im wiary? Czy są odpowiedzialne sa brak wiary rodziców? Odpowiedzialność zbiorowa? Co za głupoty.

Pewien chrześcijanin chciał zrobić film dokumentalny o jednym z najpopularniejszych w USA „uzdrowicieli chrześcijańskich” (piszę w cudzysłowiu, bo żadni z nich uzdrowiciele, i żadni chrześcijanie). Nazywa się Benny Hinn. Pojechał na jeden z jego seansów, i usiadł obok drobnej kobiety, która opiekowała się dorosłym mężczyzną na wózku inwalidzkim z zaawansowanym porażeniem mózgowym.

Po chwili rozmowy wiedział, że jest to jej syn, a ona przyjechała tu sama z nim, i że mieszka kilkaset kilometrów od tego miejsca.

– I tak mocno wierzyłaś, że przyjechałaś tu tak daleko? – spytał
– Tak daleko? Na seansie Benny’ego Hinna jestem już czwarty raz. Pierwszy raz musiałam pokonać ponad 2 tysiące kilometrów!
– Dlaczego jeździsz tak często?
– Widać, mam słabą wiarę. Kiedy moja wiara będzie wystarczająco silna, mój syn będzie uzdrowiony. Tak mówi Benny! Chciałabym jeździć częściej, ale nie mam pieniędzy. Podróż kosztuje no i całe pozostałe oszczędności daję Benny’emu, bo on mówi, że ile na tacę włożysz, tyle błogosławieństwa dostaniesz z powrotem.

 Od czasu, kiedy widziałem tę scenę, uważam, że owi „uzdrowiciele” zasługują na proces i wyrok nie mniejszy od zbrodniarzy wojennych.

Wielki sukces tych oszustów nie pojawił się jednak tylko dzięki ich przebiegłości. Wykorzystują oni bzdury, kóre ludzie słyszą w kościołach. Religia wmówiła ludziom, iż Bóg odpowie na każdą modlitwę, jeżeli będziemy mieć wystarczająco wiary. Przy okazji, cóż jest większym dowodem wiary, niż wzięcie kredytu gotówkowego i przekazanie pieniędzy uzdrowiecielowi?

A co z sytuacjami, gdy umiera chore dziecko, i modli się za nie cała wielka wspólnota ludzi, a dziecko jednak umiera? Nikt nie miał wystarczająco wiary? Może to dziecko jej nie miało? Co za bzdury!!

Zbrodniarze Ci manipulują kilkoma wyrwanymi wersetami z Biblii, dokładając do nich dowolnie wymyślone ideologie! Najczęściej przypominają przykłady, gdy Jezus uzdrawiał chorych. Chory poprosił, Jezus uzdrowił. Zauważmy jednak, iż Jezus nie domagał się za to pieniędzy. Ani nie założył zgromadzenia gdzie co tydzień zbierano mnóstwo pieniędzy, z których On brał sporo procent. Szkoda czasu na omawianie argumentów tych uzdrowicieci. To jest, chciałem napisać, uzdrowicieli.

Na pewno znalazłoby się więcej idiotyzmów, które głosi się z ambon na temat modlitw, niemniej niemal zawsze mają jakiś związek z wymienionymi czterema.

pray02

Bóg odpowie na modlitwę nie dlatego, że moje życie jest wystarczająco dobre! To, czy odpowie, nie zależy od tego, czy w ubiegłym tygodniu byłem w kościele i czy pomogłem staruszce przejść przez ulicę! Bóg nie poczytuje już ludziom grzechów (2 Kor 5:19)! Aby przyjść do Boga nie potrzeba „stanu łaski uświęcającej”, czystości życia, zadośćuczynienia ludziom za popełnione krzywdy! Nie potrzeba też strachu!

Spójrz na poniższą listę – jeżeli używasz niektórych spośród wymienionych wyrażeń podczas modlitwy, oznacza to, że nie znasz swojej pozycji względem Boga i/lub nie znasz Jego obietnic:

„jestem niegodny”
„przebacz mi, o Panie”
„proszę, bądź ze mną”
„Ty obiecałeś, że gdzie dwaj albo trzej zgromadzeni są…”
„zabierz te pokusy ode mnie”
„uczyń mnie lepszym”

W Chrystusie jesteśmy napełnieni wszelkim duchowym błogosławieństwem (Ef 1:3)! W Nim mamy całkowite odpuszczenie grzechów (Ef 1:7)! Bóg nie ma już nam czego przebaczać, nie możemy być w większym stopniu pojednani z Nim, niż jesteśmy!

Wkrótce po nawróceniu modlitwa płynie sama, bo człowiek jest zachwycony niesamowitą łaską Bożą, i Jego dobrocią. Widzi, że dla Boga nie zrobił przecież nic – dopiero przecież w Niego uwierzył – a Bóg zrobił dla nas tak wiele! Stopniowo jednak religia sieje ziarno cielesności – że Boża łaska jest jednak uwarunkowana naszymi staraniami – i w końcu większość ludzi ulega presji i przestawia się na religijny sposób myślenia.

O tym pisze Paweł m.in. w Liście do Galatów (Galacjan).

Tego jednego chciałbym się od was dowiedzieć, czy Ducha otrzymaliście na skutek wypełnienia Prawa za pomocą uczynków, czy też stąd, że daliście posłuch wierze? Czyż jesteście aż tak nierozumni, że zacząwszy duchem, chcecie teraz kończyć ciałem? (Gal 3:2-3)

Nie „kończ ciałem”! Nie popadaj w błędne myślenie, że własnym złym postępowaniem masz jakikolwiek wpływ na to, czy Bóg słyszy twoje modlitwy i czy na nie odpowiada!

Módl się kiedy zechcesz i jak zechcesz, nie dbaj o słowa, nie musisz zaczynać swoich modlitw od pełnych pompy tytułów „O Boże wspaniały, wiekuisty, straszliwy, przedziwny, który stworzyłeś świat słowem mocy swojej…” Bóg wie, jaki jest i wie, co stworzył, i nie trzeba Mu tego przypominać! Jezus większość swoich modlitw, jakie znamy, zaczynał od słowa „Ojcze” – a my mamy prawo modlić się za jego przykładem!

Nie znajdziesz w Biblii ułożonych modlitw do „odmawiania”, wyliczonych dopuszczonych postaw modlitewnych czy zaleceń, że najlepiej modlić się między 5 a 6 rano. Jezus, owszem, modlił się rano, ale nigdzie nie ma zalecenia, by robić to samo, a wiele osób przez pierwsze 2 godziny po przebudzeniu są niemal nieprzytomni, więc modlitwa mijałaby się z celem. Poza tym nigdzie nie jest napisane, że Jezus modlił się rano codziennie albo że modlił się tylko rano.

* * *

Trudno znaleźć stronę Biblii gdzie modlitwa nie jest zalecana. Paweł pisze krótko – bez ustanku się módlcie (1 Tes 5:17). Modlitwy żaden człowiek cię nie nauczy, ale tak naprawdę nie musisz się niczego uczyć – jedyne, co musisz, to się modlić! Czy jednak Bóg odpowie na każde modlitwy? Oczywiście, że nie. W tym artykule (link za kilka dni) dowiesz się więcej.

Nie troszczcie się o nic, ale we wszystkim w modlitwie i błaganiach z dziękczynieniem powierzcie prośby wasze Bogu. A pokój Boży, który przewyższa wszelki rozum, strzec będzie serc waszych i myśli waszych w Chrystusie Jezusie. (Flp 4:6-7)

pray04

(ostatnia aktualizacja – 25 sierpnia 2017, częściowa aktualizacja 3 marca 2020)

Przykazania – dla kogo i dlaczego?

Zastanów się przez chwilę nad pytaniem – czym się różni chrześcijanin od człowieka niewierzącego?

(Zastanawiasz się. Chwilę. Nie czytasz dalej. Dlaczego czytasz dalej? Nie oszukuj, proszę, przerwij czytanie i zastanów się. Na chwilę!)

Uważne przeczytanie powyższego pytania może doprowadzić do następującego wniosku – chrześcijanin to ktoś, kto wierzy. W końcu przeciwstawiony jest w nim komuś nie-wierzącemu.

W co wierzy? Większość zapewne się zgodzi, że lepiej spytać – w kogo wierzy? Oczywiście, w Jezusa.

Chrześcijanami zatem jest mnóstwo ludzi. Katolicy, protestanci, mormoni, świadkowie Jehowy, a nawet i muzułmanie, bo i oni wierzą w istnienie Jezusa, choć nie uważają Go za proroka ważniejszego od pozostałych.

I tutaj mogę wkleić kilka trylionów stron o tym, jak poszczególne grupy ludzi wymyślają swoje definicje chrześcijaństwa, jak definicje te zmieniają się w czasie, jak grupy te się dzielą (na ogół), łączą między sobą (hmm… w tej chwili nie potrafię przypomnieć sobie takiego wydarzenia),czasem nawet walczą ze sobą i wzajemnie mordują. Tak naprawdę na przestrzeni wieków działo się to o wiele częściej, niż czasem, i dzieje się do dzisiaj.

Czy zatem możliwe jest w ogóle stwierdzenie, czym wyróżniają się chrześcijanie?

Albo – jak odróżnić chrześcijan prawdziwych od udających?

Kiedyś chciałem bardzo, by każdy chrześcijanin miał jakiś cudowny znak wyróżniający od innych – może nie aureolkę jak ze starych obrazów (spać by się przy tej światłości nie dało, choć w zamian za to jakie oszczędności w rachunkach za prąd!), ale może jakiś drobny znak na czole, albo umiejętność robienia jakiegoś drugorzędnego cudu?

To było kiedyś, dzisiaj myślę, że i to by nic nie dało. Ludzie lubią się kłócić, dzielić, zapewne znowu by znaleźli jakiś sposób… masz aureolkę? Ile milimetrów od głowy? I czy na pewno jej jasność jest powyżej 600 lumenów? Bo jak mniej, to wiara pewno nie jest prawdziwa!

Poważniejąc nieco… Chrześcijanie z reguły są dumni z tego, że są chrześcijanami, uważają siebie za oświeconych, zbawionych, więc trzeba wiedzieć chyba, skąd wiadomo, że tym chrześcijaninem się jest! Jak? Można zrobić spis doktryn, po zaliczeniu których, mogą kogoś nazwać chrześcijanem. Wiarę w bóstwo Jezusa, w Trójcę, w nieomylność Biblii, w nieomylność danego Kościoła, w powtórne przyjście Jezusa… ilość tych wierzeń i różne ich zestawienia mogą przyprawić o ból głowy. Tak na marginesie, komedią jest to, że doktryny będące dla jednych „chrześcijan” dowodem wiary, dla innych jest dowodem jej braku.

Jest jednak jeden problem z doktrynami – stosunkowo łatwo jest w nie uwierzyć. Jeszcze łatwiej powiedzieć, że się wierzy. Wyobraź sobie, że należysz do Kościoła, który za warunek zbawienia uznaje wiarę w to, że Mojżesz był łysy. Niszczysz rytualnie wszystkie dostępne ci rysunki Mojżesza z bujną czupryną (czyż nie jest ciekawe, na marginesie, że Mojżesz rysowany jest z taką czupryną chyba zawsze, chociaż historia twierdzi, że długie włosy u płci brzydszej – choć silniejszej – były wówczas raczej wyjątkiem? Identycznie zresztą ma się sprawa z Jezusem).

Kontynuując tę historię, Kościół twój organizuje misje do różnych krajów, by nawracać ludzi na łysego Mojżesza. Kiedy spotykacie kogoś, pytacie się go – czy wierzysz, że Mojżesz był łysy? I jeśli mówi on, że nie, przekonujecie go aż do skutku (albo aż wam ucieknie), i – jeżeli się uda – zaznaczacie w notesiku „kolejna uratowana dusza” i idziecie dalej.

A teraz wyobraź sobie, że spotykasz jakiegoś wesołego Wacka blisko budki z piwem. Zaczynasz temat, a Wacek – z uwagi na wyśmienity humor – łaskawie cię słucha. W końcu jednak zaczynasz go nudzić i Wacek pyta:

– Czy to znaczy, że jeśli uwierzę w łysego Mojżesza, będe zbawiony?
– No, tak – odpowiadasz.
– No to wierzę, i spływaj już stąd – mówi Wacek.

No i tak naprawdę, jedyne, co możesz zrobić, to… spłynąć. Nie masz możliwości weryfikacji, czy Wacek rzeczywiście wierzy. Nie możesz temu zaprzeczyć, wystarczy, że mówi, że wierzy. Sfrustrowany odchodzisz, myśląc, że Wacek jednak w cichości serca wyznaje długie włosy Mojżesza, a ty nic z tym nie możesz zrobić.

I podobnie sfrustrowana jest religia. Nie mogąc zweryfikować wiary swoich wiernych, a jednocześnie musząc ich kontrolować, stworzyła straszną rzecz – PRZYKAZANIA.

Czekaj, czekaj – powiesz – przecież przykazania stworzył Bóg, czyż nie?

Mniejsza o to, kto je stworzył, ważniejsze jest., DLA KOGO zostały one stworzone.

Popatrzmy na temat przykazań w Biblii.

Spisane przykazania pojawiają się dopiero za czasów Mojżesza („dopiero”, bo co najmniej dwa i pół tysiąca lat po Adamie), co nie oznacza, że wcześniej na ziemi panowało totalne bezprawie. W szóstym rozdziale Księgi Rodzaju znajdziemy początek historii Noego i potopu; potop był karą za grzech, lecz jak Bóg mógłby sądzić ludzi za ich grzech, jeśliby wcześniej nie określił, czym grzech jest? Ludzie więc musieli mieć dane jakieś przykazania, jednak ponieważ Biblia nie wspomina o szczegółach, nie będę spekulować. Adam i Ewa mieli też zresztą przykazane, co mają robić, i czego nie mają; a skoro Bóg rozmawiał z Kainem o dobrym i złym postępowaniu, znaczy się, że i Kain jakieś zasady miał dane.

Pierwsze przykazania, które jasno nazwane są w Biblii przykazaniami, to prawo dane Mojżeszowi (inaczej: zakon mojżeszowy). Dane one zostały Izraelowi w XV wieku pne, i stanowiły część Przymierza. Przeczytaj początek 5. rozdziału Księgi Powtórzonego Prawa (5 Mojżeszowej):

Mojżesz zwołał całego Izraela i rzekł do niego: Słuchaj, Izraelu, praw i przykazań, które ja dziś mówię do twych uszu, ucz się ich i dbaj o to, aby je wypełniać.  Pan, Bóg nasz, zawarł z nami przymierze na Horebie. Nie zawarł Pan tego przymierza z ojcami naszymi, lecz z nami, którzy tu dzisiaj wszyscy żyjemy. (Pwt 5:1-3)

Przymierza były wtedy bardzo powszechne we wszystkich kulturach, zawierane z innymi ludźmi, jak i również z pogańskimi bożkami. Przymierze z Izraelem nie jest też pierwszym przymierzem, które zawarł Bóg z ludźmi, wcześniej Biblia wspomina na przykłąd o przymierzach z Noem (Rdz 9:1-17) lub z Abrahamem (Rdz 17:1-22). Jeśli przeczytacie w Biblii te fragmenty, zobaczycie istotę przymierze – to zobowiązanie jest zawsze dwustronne. Bóg wymaga coś od ludzi ale Bóg i coś ludziom za to obiecuje, przy czym poszczególne przymierza bardzo różnią się od siebie. W przymierzu z Abrahamem widzimy na przykład wielki nacisk na obietnice – Bóg je wymienia, nie stawiając żadnych warunków – dopiero później wspomina o kilku drobnych szczegółach – w tym i o obrzezaniu. Przymierze za czasów Mojżesza natomiast skupia się na wymaganiach, które Bóg miał od Izraela, jednak obietnice też, bardzo konkretne, są w nim zawarte.

Ostatnie zdanie w wyżej cytowanym fragmencie z Księgi Powtórzonego Prawa pokazuje też jasno, że to przymierze jest jedyne w swoim rodzaju.

Bóg wymaga od Izraela przestrzegania prawa – i w zamian obiecuje mu m.in. szczególną pozycję wśród narodów, szczególną pomoc, dobrobyt itp. Ludzie zaś zobowiązują się do przestrzegania danych im przykazań.

Teraz jeśli pilnie słuchać będziecie głosu mego i strzec mojego przymierza, będziecie szczególną moją własnością pośród wszystkich narodów, gdyż do Mnie należy cała ziemia. Lecz wy będziecie Mi królestwem kapłanów i ludem świętym. (…)Wtedy cały lud jednogłośnie powiedział: Uczynimy wszystko, co Pan nakazał. (Wj 19: 5-6a.8a).

Przymierze to jednak było tylko cieniem Nowego Przymierza:

Lecz takie będzie przymierze, jakie zawrę z domem Izraela po tych dniach – wyrocznia Pana: Umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercu. Będę im Bogiem, oni zaś będą Mi narodem. (Jer 31:33)

Większość jest zdziwiona, gdy dowiaduje się, że Nowe Przymierze także zostało zawarte wyłącznie z Izraelem, a nie z całym światem. I już zupełnie niemal nieznanym faktem jest to, że przez ponad 3 lata od wniebowstąpienia Jezusa jedynymi chrześcijanami byli Żydzi, albo przynajmniej stanowili przygniatającą większość, jako że w Dz 10:45 dziwią się oni bardzo, że poganie również otrzymali dar Ducha Świętego, a w Dz 11:1nn też nie posiadają się ze zdumienia, że Piotr w ogóle przebywa z poganami. W poprzednim rozdziale Dziejów opisana jest natomiast (a w 11. powtórzona) wizja, którą Piotr otrzymał do Boga, po której nie uważał już on za nieczyste ani żadne pokarmy, ani żadnych ludzi.  Czyż nie oznacza to coś bardzo wyjątkowego i niezwykle istotnego, że Bóg aż musiał posługiwać się szczególną wizją, i to powtarzaną trzykrotnie (zobacz Dz 10:9-16.11:5-10)?

Jezus powtarzał wiele razy, że Jego misja jest przeznaczona wyłącznie dla Żydów (por. Mt 10:5-7.15:24). Ale to było w tym momencie, kiedy Jezus był na ziemi i nie oznacza zupełnie, iż Bóg nie okazuje równego zainteresowania innym narodom! Paweł wielokrotnie zapewnia, że w Chrystusie pojednany jest ze sobą cały świat i wszyscy jesteśmy jednością:

Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście jednością w Chrystusie Jezusie. (Gal 3:28)

Poza tym plan uczynienia wszystkich ludzi uczestnikami obietnic nie był dla Boga zaskoczeniem – już Izajasz pisał:

Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi. (Iz 49:6b)

Podsumowując temat – istniały dwa przymierza, Stare i Nowe. Stare zawarte było między Bogiem i Izraelem, Nowe również, ale do Nowego dostęp otrzymali również poganie. Wszyscy ludzie.

Prawo – czyli dokładnie 613 różnych przykazań, zawartych od 2 do 5 Księgi Mojżeszowej, a zaczynających się od tych zwanych dzisiaj Dekalogiem, było jedynie częścią pierwszego Przymierza – tego starego.

Wniosek z tego taki, że prawo mnie, poganina, nie obowiązuje. Niezależnie od tego, w jakich czasach bym się nie urodził.

Nowy Testament nigdzie nie uczy pogan żadnych przykazań! Wręcz przeciwnie (por. Dz 15)! Jeżeli zapamiętasz choć tylko jedną rzecz z tego artykułu, będę szczęśliwy, jeśłi będzie to fakt, iż

Dekalog nigdy nie obowiązywał pogan

(niektóre prawa obowiązywały również pogan,ale tylko tych, którzy chcieli mieszkać razem z ludem Izraela) i jeśli ktoś uczy cię inaczej, wynika to albo z jego słabej znajomości Biblii, albo złej woli.

A co, jeślibym był Żydem? Obecnie też nie stanowi to żadnej różnicy, bo Stare Przymierze przestało obowiązywać przy przyjściu Chrystusa:

Na cóż więc Prawo? Zostało ono dodane ze względu na wykroczenia aż do przyjścia Potomka, któremu udzielono obietnicy; przekazane zostało przez aniołów; podane przez pośrednika (…) Do czasu przyjścia wiary byliśmy poddani pod straż Prawa i trzymani w zamknięciu aż do objawienia się wiary. Tym sposobem Prawo stało się dla nas wychowawcą, /który miał prowadzić/ ku Chrystusowi, abyśmy z wiary uzyskali usprawiedliwienie. Gdy jednak wiara nadeszła, już nie jesteśmy poddani wychowawcy (Gal 3:19.23-25)

Prawo Mojżesza mnie nie obowiązuje!

Dekalog mnie nie obowiązuje!!!

Dzisiaj protestanci wojują z katolikami o prawdziwy wygląd Dekalogu. Protestanci mówią, że katolicy usunęli 2. przykazanie, a 10. rozdzielili na dwie części, by dalej było 10. Wielu zauważa, że w biblijnym Dekalogu jest więcej niż 10 nakazów/zakazów, i jego podział jest rzeczą umowną.

Spotkałem się z poglądem, że rozdzielenie „ani żadnej rzeczy która jego jest” od „żony bliźniego swego” podyktowana jest szacunkiem dla kobiet, gdyż umieszczenie jej razem z przedmiotami obniżałoby jej godność. Dobre 😸

No, i – zapomniałbym – Adwentyści Dnia Siódmego i inni sabatarianie nazywają resztę chrześcijan heretykami, bo sabat z Dekalogu zastąpili niedzielą.

Podobny sens mają kłótnie, czy w śniadaniu Marsjan przeważają węglowodany czy białko.

DEKALOG JUŻ NIE OBOWIĄZUJE NIKOGO!

I w tym momencie pada argument, który do bolesnego znudzenia powtarza się jak zdarta płyta: „to jak, teraż można zabijać, kraść, i w ogóle robić to, na co ma się ochotę?”

Odpowiem Ci tak: pomyśl teraz o osobie, którą bardzo kochasz. Może o współmałżonku lub kandydacie na niego, o rodzicu, dziecku, przyjacielu.

 

Czy masz już w myślach tę konkretną osobę? Dobrze. Odpowiedz teraz na naprawdę proste pytanie:

Czy kiedykolwiek wsadziłeś lub wsadziłaś tej osobie palec w oko?

Mam nadzieję, że Twoja odpowiedź brzmiała „nie”. Jeżeli było inaczej, proszę, wyobraź sobie drugą osobę, którą kochasz. Jeżeli wciąż odpowiedź brzmi „tak”, weź trzecią. Jeżeli wciąż mówisz „tak”, mam nadzieję, że przebywasz w tej chwili w jakimś zakładzie zamkniętym. Albo, że jesteś okulistą lub chirurgiem ocznym.

Nie włożyłeś? A dlaczego? Czy w Biblii jest przykazanie na ten temat? Nie ma.

Czy w szkole uczyli cię, by nie wsadzać nikomu palca w oko? Nie uczyli.

Czy w polskim prawodawstwie jest zakaz wsadzania palca w oko? Nie ma.

Zdrowi i dojrzali ludzie mają wystarczająco empatii by wiedzieć, co jest dobre

Albo jeszcze jeden z moich niesamowitych przykładów… wyobraź sobie, że poznajesz jakąś osobę. W momencie poznania osoba ta wyjmuje papier i mówi:

Musimy ustalić zasady naszej znajomości. Bez zasad nic nie będzie działało dobrze. Zasada pierwsza: nie będziesz mi wkładać palca w oko. Zasada druga – nie będziesz mi wkładać długopisa w oko…

Dosyć tej błazenady, nazwijmy rzeczy po imieniu – nie można oprzeć relacji z kimś na spisie rzeczy dozwolonych i zakazanych.  A Bóg chce relacji z nami. Jezus nazwał nas przyjaciółmi. W Biblii czytamy, jak Bóg okazywał wielokrotnie szaloną wręcz miłość ku ludziom, gorącą, pełną emocji.

Popatrz raz jeszcze na cytowany wyżej fragment z Jeremiasza 31:33 – „Umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercu. „ – nie oznacza to wcale, że nagle na pamięć będziemy znali 613 przykazań, bo oznaczać by to również musiało powrót do składania ofiar. Prawo jest całością, jeśli kiedykolwiek usłyszysz, że ktoś próbuje cię przekonać, iż prawo dzieli się na część obowiązującą do dziś i część już nieaktualną – uciekaj stamtąd, ta osoba nie ma pojęcia o Biblii. Zakon stanowi nierozerwalną całość, i oparty jest on na systemie ofiar. Nie ma podziału na Dekalog i pozostałe 603 przykazania, nie ma podziału na prawo moralne i ceremonialne, to tylko wymysły religii, nie poparte w ogóle Biblią. Jeżeli ktoś chce przestrzegać prawa, musi przestrzegać też składania ofiar. Co gorsza, jeśli należy do płci pięknej inaczej, musi też się obrzezać, jeśli jeszcze tego nie uczynił.

Wpisanie prawa tego na naszym sercu natomiast oznacza co najmniej dwie istotne rzeczy: że nie będziemy meili wątpliwości, jakie te prawa są (popatrz tylko na kłótnie między denominacjami), i także, że będziemy je traktowali jako nasze prawa – bo serce to w końcu cząstka nas samych. Czyli, że nikt nie będzie ich kwestionował. Ktoś może zmusić nas do ślepego posłuszeństwa, ale nie powiemy wtedy, że jego prawa mamy w sercu. W sercu możemy mieć to, do czego serce te oryginalnie zostało przeznaczone.

Jakie zatem prawo Bóg wpisuje w „głębi naszego jestestwa” (cokolwiek jestestwo ma oznaczać, ale to już chyba tylko tłumacze 1000-latki wiedzą?) NOWE prawo. Prawo miłości, prawo wolności. Kochaj i rób co chcesz! – słyszysz czasami i wydaje ci się to herezją? Popatrz co pisze Paweł w 1 Kor 6:12 – wszystko mi wolno! Zaraz jednak dodaje, że nie wszystko przynosi korzyść. Mogę iść do sklepu monopolowego, kupić piwo, i je wypić? Mogę. Mogę też kupić 10 litrów wódki i je wypić? Mogę. Rozum jednak podpowiada mi, że ta druga rzecz będzie dokładnie odwrotna do „przynoszącej korzyść”. (Ta pierwsza rzecz jest dla wielu chrześcijan jednym z ulubionych tematów do kłótni, więc … zakończę tu temat :-))

Popatrzmy na te genialne w swojej prostocie słowa Jezusa:

Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem (J 13:34)

Brakuje ci przykazań? Proszę bardzo, masz przykazanie! Ważne kiedyś, ważne dzisiaj, dla każdego! A co się stanie, kiedy je złamiesz? Cokolwiek się stanie, stało się już, przecież łamiesz je codziennie. Łamiemy je wszyscy. Przymierze jednak trwa dalej, przymierze jest nierozerwalne, wieczne, a konsekwencje naszej niewierności są już w 100% poniesione – przez ofiarę Jezusa! Cóż za wspaniała to wieść dla nas!!! Gdyby wszystkie umowy tak wyglądały!

Bóg okazał nam niesamowitą miłość i pokazał jedyne w swoim rodzaju bezwarunkowe wybaczenie. Nie jesteśmy w stanie zrobić niczego, co spowodowałoby Jego dezaprobatę! Wybrał nas zresztą przed założeniem świata, znając przyszłość i wszystko, co zrobimy, także niczym Go nie zdziwimy!

Kochaj i rób, co chcesz – tak mówi Bóg, ale nawet jeśli z tej zasady zostawiamy tylko drugą część, Bóg nas wciąż kocha tak samo!

[Miłość] wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje (1 Kor 13:7-8a)

 

Bóg jest miłością (1J 3:1.4:8)

Czy zatem mogę jutro na przykład zamordować kogoś, kogo nie lubię?

Mogę, jestem wolnym człowiekiem. Czy Bóg mnie za to ukarze? Nie. Mam pełne przebaczenie grzechów (Ef 1:7). Ukarze mnie za to ktoś inny. Ława przysięgłych.

Czy gdyby przykładowo jutro okazało się, że nastąpiła pomyłka w tłumaczeniach, i że Biblia wcale nie zakazuje mordowania, zacząłbym zabijać, na przykłada wszystkich tych, których nie lubię? Nie. Nie robię tego dzisiaj nie dlatego, że przykazanie mówi – nie zabijaj! Czy wszyscy tak samo myślą? Na pewno nie. Dzieci raczej nie. Osoby z niektórymi rodzajamy upośledzeń – również nie. Podaję przykład teoretycznie prosty, Istnieje jednak mnóstwo rzeczy, które już tak proste nie są. Dlatego, owszem, w każdej fazie życia potrzebujemy jakichś zasad. W Polsce wszsyscy powinniśmy samochód prowadzić po prawej stronie ulicy (choć i te prawa nie są odwołalne, bez problemu zjedziemy na lewą jeśli uda nam się kogoś dzięki temu nie potrącić). Poza tym, idąc za przykładem kodeksu ruchu drogowego, zakazy i nakazy są bardzo ograniczone w swojej treści, Przepisy nie mówią mi, czy mam dzisiaj jechać do babci, czy do sklepu. Nie mówią mi też, czy w ogóle mam gdzieś jechać, czy nie. Koniec końcem – przepisy same w sobie są raczej złem koniecznym, niezbędnym tylko na jakiś czas.

Zdaję sobie sprawę, że to, co piszę wyżej, może niektórym wydać się zagmatwane i niejasne. Jak poczytasz spory teologiczne, zobaczysz, że zwolennicy wszystkich opcji zdają się mieć poparcie w Biblii. Ta sama Biblia nazywa jednak przykazania i świętymi, i nieużytecznymi.

Tak więc zakon jest święty i przykazanie jest święte i sprawiedliwe, i dobre.  (Rz 7:12)

A przeto poprzednie przykazanie zostaje usunięte z powodu jego słabości i nieużyteczności,  (Hbr 7: 18)

 

Skąd ta dwoistość? Nie chcę tutaj arbitralnie niczego rozstrzygać, i nie temu służy ten artykuł. Kluczowy jest tutaj 14. rozdział Listu do Rzymian, gdzie Paweł zajmuje się głównie praktykowaniem świąt i wyłączaniem pewnych pokarmów w celach religijnych. Jego wniosek jest następujący:

Kim jesteś ty, co się odważasz sądzić cudzego sługę? (…) Dlaczego więc ty potępiasz swego brata? Albo dlaczego gardzisz swoim bratem? Wszyscy przecież staniemy przed trybunałem Boga.(…) A swoje własne przekonanie zachowaj dla siebie przed Bogiem. (Rz 14:4.10.22)

Ten strasznie brzmiący „Trybunał Boga”, wspomniany również w 1 Kor 5:10, to na pewno nie miejsce selekcji zbawiony – niezbawiony; kontekst wykazuje, że raczej odbywa tam się rozdawanie nagród.

Słyszałem kiedyś historię o tym, jak świeży chrześcijanin, chcąc pomóc komuś w tarapatach finansowych, dokonał napadu rabunkowego na stację benzynową, tłumacząc później, że uczono go, iż pomoc potrzebującym to priorytet dla każdego chrześcijanina.


Wydaje ci się to głupie? Sam bym dokonał napadu rabunkowego, gdybym na przykład mógł tym uratować czyjeś życie. Priorytety nie zawsze są czarno-białe, na ogół nie znamy wszystkich okoliczności, także najsensowniej wydaje się po prostu zastosować do słów Pawła: „A swoje własne przekonanie zachowaj dla siebie przed Bogiem„.

Na koniec wspomnę jeszcze o dość popularnym w protestantyzmie poglądzie, iż chrześcijan obowiązują te spośród przykazań starotestamentowych, które powtórzone są w Nowym Testamencie.

Po pierwsze, Biblia nigdzie nic takiego nie głosi.

Po drugie, kwestią dyskusyjną jest, czy Ewangelie należą do Nowego Testamentu, czy do Starego. Jezus wszak żył pod starotestamentowym prawem i nikogo do jego łamania nie zachęcał.

Po trzecie, pogląd taki otwiera możliwość do niekończcących się sporów na temat mnóstwa fragmentów. Co obowiązuje wiecznie, co jest uwarunkowane kulturowo, co Paweł pisał tylko do Koryntian, do do nas wszystkich, co jakie słowo oznacza w którym kontekście, itp itd…

Unikaj natomiast głupich dociekań, rodowodów, sporów i kłótni o Prawo [Mojżeszowe]! Są bowiem bezużyteczne i puste. (Tyt 3:9)

Dokładnie!

Zacytuję na koniec Jana z jego pierwszego Listu. List ten ma mnóstwo do powiedzenia na temat przykazań, jednak przykazania te definiuje tylko raz. I nie znalazłem lepszego podsumowania przykazań, które mnie obowiązują.

 A to jest przykazanie jego, abyśmy wierzyli w imię Syna jego, Jezusa Chrystusa, i miłowali się wzajemnie, jak nam przykazał (1 J 3:23)

 

Ostatnia edycja – 1 marca 2021.

Dusza – co to naprawdę jest?

soul1
Jest sobie jeden taki wyraz. Często występuje w Biblii, i niektórzy używają go też bardzo często w języku potocznym. Niektórzy nie używają go niemal nigdy. Wszyscy myślą, że wiedzą, co on oznacza. I wszyscy.. się mylą. Ha, ha! 🙂

Bardzo często w moich artykułach zaznaczam, że czegoś do końca nie wiem, że mam wątpliwości, niemniej tutaj ich nie mam zupełnie. Prawie wszyscy, od ludzi świeckich po duchownych, używają tego wyrazu, nie mając pojęcia, co on oznacza! A dla człowieka nie omamionego religą, kwestia ta prosta jest jak słońce. I jasna jak drut. [efn_note]Tak, jasna jak drut – napisałem to celowo :-)[/efn_note]

I nie należy to bynajmniej do jakiejś utajnionej dziedziny wiedzy… i nawet Wikipedia zna prawdę! Co, zdaniem niektórych, jest ewenementem rzadkim jak cielę o dwóch głowach. A ludzie religijni – nie znają jej! Jak daleko religijność może zaburzyć nasze władze poznawcze?

Złe rozumienie wyrazu tego przyczynia się do błędnego rozumienia sporej liczby fragmentów Biblijnych, z czego religia się cieszy, bo pomaga to wywoływaniu w wiernych strachu…

Ten wyraz to DUSZA.

W Biblii, tam, gdzie widzimy „dusza”, w językach oryginalnych jest używany albo wyraz „néfesz” (w Starym Testamencie) albo „psyché” (w Nowym). Na szczęście dla nas, nie ma w Biblii innych słów oznaczających duszę, także sprawa musi być prosta.

Poszczególne odłamy teologiczne różnie tłumaczą, czym jest dusza, i chyba najczęściej kontrowersja pojawia się przy okazji pytania „czy dusza jest nieśmiertelna”.  Okazuje się zresztą przy okazji, że istnieją różne definicje nieśmiertelności… Czy nieśmiertelność oznacza nieprzerwaną świadomość? Czy może dusza ginie na jakiś czas, i później wstaje do… życia? I tak dalej.

Zawsze zastanawiało mnie, po co ludzie się tak zawzięcie o to kłócą. Przykładowo, świadkowie Jehowy uważają katolików  za heretyków, bo wyznają wiarę w nieśmiertelność duszy; a katolicy świadków za to, że jej nie wyznają. Jakie ta kwestia ma praktyczne znaczenie dla kogokolwiek? Co mnie obchodzi, czy po śmierci jestem natychmiast gdzieś wskrzeszany, czy też „śpię”, skoro i tak we śnie nie mam żadnej świadomości? Czy ktokolwiek po przespanej bez przerw nocy wstaje i narzeka, że mu się dłużyło??

Nikt się natomiast nie zajmuje meritum sprawy – co to dokładnie jest dusza? Nie „co myślę, że wiem, co oznacza dusza” ale jaka to pojęcie rozumieli autorzy biblijni, Czyli – uwaga – nie rozważam tu zagadnienia, co się dzieje z człowiekiem po śmierci, ale jedynie zajmuję się wyrazem tłumaczonym w naszych Bibliach jako „dusza”.

Wyraz „dusza” występuje ok. 750 razy w Starym Testamencie i ok. 100 razy w Nowym! Pomimo, że jest to zatem jeden z częściej używanych w Biblii terminów, nie sądzę, że nawet jedna na sto osób ją czytających wie, co ten wyraz oznacza! Większośc myśli, że dusza to nasza niematerialna cząstka, innymi słowy że jest to wynik równania ‘człowiek minus ciało’. Encyklopedyczna definicja: dusza jest „pierwiastkiem ożywiającym ciało, który człowiek otrzymał od Boga Stwórcy, trwającym także po śmierci ciała”.

soul3

Jeżeli trwa ona po śmierci ciała, jak wytłumaczymy następujący werset?

Dusza, która grzeszy, ta umrze  (Ezechiela 18:4, Biblia Gdańska)

Umrze dusza? Jak to? Przecież to nie pasuje do naszej przenajświętszej koncepcji „nieśmiertelnego pierwiastka”! Co robi religia? Wygodnie wycofuje się z tłumaczenia „nefesz” jako „dusza” w tym miejscu, choć tłumaczy go jako „dusza” niemal wszędzie indziej:

Umrze tylko ta osoba, która zgrzeszyła. (Biblia Tysiąclecia)
Każdy, kto grzeszy, umrze (Biblia Warszawska)

Zarówno Biblia Tysiąclecia jak i Warszawska bardzo często tłumaczą psyche jako dusza – (np. w Mk 8:37 lub  Mt 10:28), jednak, kiedy tłumaczenie wydaje się przeczyć założeniom i wyznawanej doktrynie, lekko się je zmienia… Tylko stara i dobra Biblia Gdańska przekłada je dosłownie. Jakkolwiek bardzo często tłumaczenie dosłowne nie jest poprawne (choćby w przypadku idiomów), widać – nazywajmy rzecz po imieniu – teologiczne oszustwo, kiedy jeden termin tłumaczy się na różne sposoby, w zależności od potrzeb.

Oczywiście, wieloznaczność terminów to zjawisko powszechne w każdym języku, i niektórzy teologowie nim to właśnie próbują tłumaczyć fakt, że nefesz i psyche są tak odmiennie tłumaczone w różnych miejscach. Wieloznaczość jednak w żadnym języku nie wywołuje nieporozumień – na ogół dotyczy terminów bardzo prostych, i nigdy ich różne znaczenia nie są do siebie zbliżone. Zamek (taki w kurtce) i zamek (królewski) są tym samym wyrazem, jednak nigdy nie wywołują nieporozumień. Odnośnie wieloznaczności, zauważmy też, że w wielu kościołach po każdej mszy ksiądz wypowiada pewne zwroty, które można odczytywać jako zapowiedzi modlitwy, a można też jako groźby pozbawienia życia (zaduszę Jana, zaduszę Stanisława – czy ksiądz ich chce zadusić?).

 Co Biblia rozumie pod pojęciem „dusza”?

Dusza pierwszy raz pojawia się na samym początku Biblii, w Księdze Rodzaju (I Mojżeszowej) 2:7:

Wtedy to Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą. (Rdz 2:7)

Nie widać tu wyrazu „dusza”; jest w oryginale tam, gdzie widzisz słowo „istota”. Brawo! Choć raz Biblia Tysiąclecia oddaje zwięźle i jasno istotę tak kontrowersyjnej rzeczy! Tak naprawdę temat duszy można zamknąć właśnie tak:

DUSZA = ISTOTA ŻYJĄCA

Co zatem ze zwierzętami? Chyba każdy choć raz w życiu się zastanawiał, czy zwierzęta mają duszę? Jeżeli dusza to istota żyjąca, a zwierzęta są istotami żyjącymi, to – według Biblii – nie można co prawda powiedzieć, że mają duszę, ale że – uwaga – SĄ duszą!

I dowód – kilka wersetów dalej:

Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta lądowe i wszelkie ptaki powietrzne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby przekonać się, jaką on da im nazwę. Każde jednak zwierzę, które określił mężczyzna, otrzymało nazwę istota żywa (Rdz 2:19)

Wcale mi nie chodzi o udowodnienie, że człowiek nie różni się od zwierzęcia, ani że zwierzęta idą „do nieba” – osobiście nie wyznaję ani pierwszego, ani drugiego poglądu – tutaj tylko chcę wyjaśnić, co należy rozumieć, gdy w Biblii widzimy wyraz „dusza” – i przy okazji chcę też pokazać, jak daleko religia poszła w ogłupianiu świata – tak przekręciła jeden z częściej używanych terminów biblijnych, że tylko nieliczne jednostki wiedzą, co on naprawdę oznacza. Uwaga! Jesteś na najlepszej drodze do zostania taką jednostką – a może już nią jesteś? 🙂 Może jeszcze nie do końca przekonaną, bowiem kiedy całe życie wierzy się w coś, trudno tak nagle się przestawić.

Przetłumaczę hasło, które jest w anglojęzycznej Wikipedii pod tytułem „ Soul in the Bible” – „Dusza w Biblii”:

„Nie znaleziono tradycyjnego chrześcijańskieg konceptu niematerialnej i nieśmiertelnej duszy w judaiźmie przed wygnaniem babilońskim”… „Wyraz hebrajski nefesz, chociaż tłumaczony jako ‘dusza’ w niektórych starszych Bibliach, tak naprawdę ma znaczenie zbliżone do „istoty żywej”. Nefesz został oddany słowem psyche w Septuagincie {{1}} [[1]]Septuaginta – tłumaczene Starego Testamentu na język grecki dokonanym w latach 250-150 pne [[1]], greckim słowem tłumaczonym jako dusza. Nowy Testament również używa słowa psyche, ale w znaczeniu hebrajskim, a nie greckim.” (http://en.wikipedia.org/wiki/Soul_in_the_Bible)

I nagle wszystko staje się jasne! Grecy używali terminu psyche tak, jak dzisiaj większość ludzi używa terminu dusza! A filozofia grecka  – toż to przecież podwaliny dzisiejszej teologii większości Kościołów chrześcijańskich – głównie rzymskokatolickiego! Szczytowe osiągnięcie umysłu ludzkiego! Wciąż jednak, ludzkiego…

Nie ma stuprentowej pewności, która kultura wymyśliła nieśmiertelną duszę. Spotkałem się z opinią, iż zrobili to już starożytni Egipcjanie (tak podaje Herodot, V wiek pne); niewątpliwie doktrynę tę bardzo rozbudował Platon, uczeń Sokratesa. Po napisaniu Nowego Testamentu nastąpiło „drobne przesunięcie” – wyraz psyche w znaczeniu pozabiblijnym – jako „nieśmiertelna cząstka człowieka” – zaczął przenikać do kręgów chrześcijańskich – zastępując jego biblijne znaczenie, to jest „istotę żywą”.

Dość łatwo mogę zrozumieć, dlaczego proces taki zaszedł w pierwszych wiekach naszej ery – wtedy przeszukanie Wikipedii lub uruchomienie aplikacji, która wyświetli 20 różnych tłumaczeń jedno pod drugim, było nieco trudne. Ba, nawet zwykłej konkordancji ludzie wtedy nie mieli (zresztą na niewiele by się przydała, skoro Biblia nie miała numerów rozdziałów ani wersetów). Dzisiaj jednak dostęp do informacji jest niewiele trudniejszy od dostępu do powietrza! Dlaczegoż więc wciąż nikt nie wie, co do licha oznacza wyraz DUSZA???

I dlaczego religii zależy na tym, by wmawiać ludziom, iż biblijna dusza oznacza nieśmiertelną cząstkę człowieka?

Moim zdaniem, religia nie miała wyjścia. Odrzucając ideę nieśmiertelnej duszy, musianoby również odrzucić sporo „chrześcijańskich filozofów”, między innymi tych zwanych „Ojcami Kościoła”, głównie samego Augustyna, do którego pism wielki szacunek pochodzi również z wielu Kościołów protestanckich. Warto dodać, że Augustyn, tworząc swoją filozofię, korzystał obficie z dzieł Platona… i wierzył też, że tylko mężczyzna jest stworzony na obraz Boży 🙂

Najważniejszym jednak, według mnie, powodem, dla którego religia podtrzymuje fałszywe rozumienie duszy jest to, że istnieje sporo fragmentów biblijnych, w których autorzy mówili o utracie życia – śmierci – a religia, po przekształceniu „życia” w „duszę” otrzymała kolejne narzędzia straszenia maluczkich. Bądź grzecznny, bo dusza twoja smażyć się będzie wiecznie w piekle!

Popatrzy na ten o pomstę do nieba wołający przykład:

Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.  Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? (Mt 16:25-26, BT)

A teraz popatrzmy na oryginał:

ος γαρ αν θελη την ψυχην αυτου σωσαι απολεσει αυτην ος δ αν απολεση την ψυχην αυτου ενεκεν εμου ευρησει αυτην τι γαρ ωφελειται ανθρωπος εαν τον κοσμον ολον κερδηση την δε ψυχην αυτου ζημιωθη η τι δωσει ανθρωπος ανταλλαγμα της ψυχης αυτου (Mt 16:25-26, Stephanus)

Zakładam, że jeżeli na poważnie traktujesz Biblię, starożytną Grekę czytasz bieglej niż język polski! Mnie jednak często na poważnie nie ma co brać, bo teraz oczywiście żartuję. Wkleiłem, wyjątkowo, fragment z oryginału, by unaocznić, jak religia kłamie…

Na marginesie – jeżeli widzisz, że wyróżnione powyżej cztery greckie słowa nie są identycznie identyczne – gratuluję spostrzegawczości i czepiania się szczegółów (współczuję twoim bliskim) – i śpieszę donieść, że trzy pierwsze z nich są w bierniku, czwarty – w dopełniaczu – ale jest to ten sam rzeczownik – w leksykonie Stronga nr 5590.

Jak można w jednym akapicie jeden powtarzany wyraz tłumaczyć jako zupełnie odmienne znaczenia? Niemal każdy dzisiaj pod pojęciem „życie” rozumie życie fizyczne, które się kończy z chwilą śmierci, natomiast „duszę” rozumie jako coś, co nie kończy się nigdy – ale oryginał używa tylko jednego słowa! I powinno się je przetłumaczyć też przy pomocy jednego polskiego słowa!!

No tak, ale po tej zmianie fragment ten już nie będzie siał strachu. Obecnie rozumie się go tak: jeśli nie będziecie doskonali, i nie będziecie się nie bali stracić swojego życia na ziemi dla mnie, to poniesiecie szkodę na swojej wiecznej duszy – czyli będziecie się smażyć w piekle!

soul4burning

A jeśli przetłumaczymy psyche za każdym razem jako życie, okaże się, że Jezus w ogóle nie odnosił się do życia wiecznego, i fragment ten strachem już raczej nas napawać nas nie będzie, tym bardziej że dzisiaj szansa utraty życia z powodu swojej wiary jest niewielka, zwłaszcza w znanym nam dobrze Kraju nad Wisłą.

Powiem ci teraz coś, w co dość długo ciężko mi było uwierzyć: otóż temat życia wiecznego jest bardzo rzadki na kartach Biblii. W Starym Testamencie niemal nie występuje zupełnie. Biblia koncentruje się na TU I TERAZ, o skoro przyszłym życiem się rzadko kiedy zajmuje, znak to dla mnie jasny, że nie ma się czym martwić! Zwłaszcza, że Jezus zapewnił nam zupełne przebaczenie grzechów!

Jest za to mnóstwo ostrzeżeń przed problemami na tym świecie, wynikającymi z lekceważenia Bożych zasad. Nie, to nie Bóg karze za grzechy! Grzechów naszych Bóg już nigdy więcej nie wspomni (Hrb 10:17)! Jeżeli wyskoczę z trzeciego piętra, złamanie nogi nie będzie karą za grzechy! Może to zresztą nie najlepszy przykład, bo nie przypominam sobie biblijnego przykazania o skakaniu z okna, ale daruję sobie wydłużanie tego artykułu. Po prostu prosze sobie wyobrazić 11. przykazanie o nieskakaniu z trzeciego piętra.

Biblia nie zajmuje się za bardzo przyszłym życiem, bo… najwidoczniej… można być o nie spokojnym. Nikt w Biblii nie martwi się „czy będę zbawiony”. Nigdzie żaden z Apostołów nie napomina, byśmy biegli i nawracali wszystkich członków rodziny na chrześcijaństwo, bo inaczej przez całą wieczność będziemy im mogli wysyłać pocztówki do piekła! Kościoły natomiast, przez większą część swojej historii, epatowały w niemal każdym kazaniu straszeniem wiernych, a jeżeli dzisiaj się to zmieniło, to nie dlatego, że zmieniły się wierzenia, tylko po prostu większość ludzi nie ma ochoty słuchać w ogóle żadnych napomnień. A kiedy nie mają ochoty słuchać, nie przychodzą do kościoła, i kasa kościelna świeci pustkami. Jeszcze 50 lat temu w Polsce do kościoła co niedziela szedł praktycznie każdy, i robiłby to choćby ksiądz okładał każdego przed kazaniem kijem. Wtedy księża i pastorzy mówili to, co naprawdę chcieli.

Właśnie uświadomiłem sobie, że większość dyskusji teologicznych, których kiedyś bywałem świadkiem lub uczestnikiem, dotyczyła właśnie życia wiecznego, a opierała się na wersetach, które – jak dzisiaj widzę zupełnie wyraźnie – w 99% nie dotyczyła życia wiecznego!

Popatrzmy jeszcze, na koniec, na kilka fragmentów, gdzie użyte jest słowo 'dusza’, i gdzie nijak nie można zastosować do niej encyklopedycznej definicji „niematerialnej i nieśmiertelnej cząstki człowieka”:

lecz i włos z głowy waszej nie zginie, przez wytrwałość swoją zyskacie dusze wasze (Łk 21:18-19)

 

Wyraźne odniesienie do życia na ziemi (włos z głowy)!

Rzekł mu Piotr: Panie! Czemu nie mogę teraz iść za tobą? Duszę swoją za ciebie położę. Odpowiedział mu Jezus: Duszę swoją za mnie położysz? (Jana 13:37n)

Czyż nie oczywiste jest, że sensownie by to brzmiało, gdyby zamiast „duszę swoją” było „życie swoje”? Nie dla tłumaczy Brytyjki…

   niewielu, to jest osiem dusz, ocalało przez wodę (1 P 3, 20)

Jak to, nieśmiertelne dusze pomarły?

Albowiem krwi dusz waszych będę się domagał (Rdz 9, 5)

Czy dusza ma krew?

Zabili też każdą dusze która była w nim, ostrzem miecza mordując”. (Joz 11, 11)

To duszę można zamordować? I to mieczem?

dusza, która grzeszy, ta umrze” (Ez 18, 4)

Nie może być!

I nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, ale duszy zabić nie mogą; bójcie się raczej tego, który może i duszę i ciało zniszczyć w piekle. (Mt 10:28)

Jak to – duszę zniszczyć? Przecież jest nieśmiertelna!

Ostatni z fragmentów w ogóle wydaje się na pierwszy rzut oka (na drugi i trzeci też) dziwny. Jak można zabić ciało, nie pozbawiając jednocześnie życia (dusza=życie)? Poświęcę osobny artykuł jednego pięknego dnia, być może jeszcze w tym wieku, temu fragmentowi, bo sprawa jest trudna do zrozumienia z uwagi na skomplikowany kontekst. Na razie tylko nadmienię, że cały rozdział 10. Ewangelii Mateusza opisuje wysłanie 12 Apostołów na misję i wszystko, co w nim jest, dotyczy TEGO ŚWIATA, a nie pośmiertnej rzeczywistości. Wiem, zapewne trudno sobie w głowie to poukładać, jeżeli ileś tam lat religia wkładała nam do głowy, że Jezus karze tutaj bać się wiecznego ognia piekielnego.

No dobrze, ale jak zatem najlepiej tłumaczyć nefesz/psyche na język polski?

Nie istnieje słowo, które w każdym miejscu w Biblii, gdzie występuje psyche/nefesz, brzmiałoby sensownie. Najczęściej świetnym tłumaczeniem wydaje się słowo życie. Innym razem – istota żywa. To, jak myślę, wyczerpuje ponad 90% przypadków użycia nefesz/psyche w Biblii.

Najwspanialszym owocem poprawnej znajomości biblijnego terminu „dusza” jest to, że od tej pory – kiedy zobaczysz zwrot „zbawienie duszy”, będziesz wiedzieć, że wcale nie chodzi o życie wieczne z Bogiem, ale ratunek przed śmiercią tu, na ziemi!

Na koniec chciałbym podkreślić jeszcze raz, iż artykuł ten dotyczył wyłącznie biblijnej terminologii. Nie sądzę, że wiara w niematerialną cząstkę człowieka, która żyje dalej po śmierci ciała, istnieje, jest zbrodnią. Czyż nie prześwietne są sceny z filmów, gdzie człowiek umiera, i jego ciało leży, a drugie ciało – z przeźroczystością 75% – wstaje i zaczyna się zastanawiać, co jest grane? Również wiara w to, że doświadczenia ludzi podczas śmierci klinicznej są prawdziwe, nie jest sprzeczna z Biblią. Ale nie jest też nią poparta, i na pewno nie ma to nic wspólnego ze słowem DUSZA.

soul2