Na Boży obraz i podobieństwo

Znasz historię ślubu, w trakcie którego jednocześnie zemdlało kilkoro uczestników?

Rzecz się działa w kościele. Ksiądz zapowiedział, iż jeden z ministrantów przeczyta dwa wersety z Biblii, z których pierwszy miał być szczególnie zadedykowany pannie młodej, drugi – panowi młodemu.

Do przeczytania tego drugiego nigdy nie doszło z powodu ogólnego wburzenia całej kongregacji, no i też w związku z wyżej wspomniami omdleniami.

Powód był następujący. Ministrant miał zapisane, iż ma przeczytać werset oznaczony „1 Jana 4:18”.

Pomyślał, że ma przeczytać jeden werset z Ewangelii Jana. Nie wiedział, iż jedynka przez nazwą księgi zmieniła znaczenie z „Ewangelia Jana” na „Pierwszy List Jana”.

Różnica była.. więcej niż subtelna.

Miał przeczytać:

W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk (1J 4:18a)

A przeczytał:

Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. (J 4:18a)

 

OKEJ, to miał być dowcip 😺 ale miał też zobrazować zasadę kontekstowości: aby zrozumieć jakąkolwiek wypowiedź, mówioną lub pisaną, należy znać jej kontekst.

To samo słowo lub zdanie może znaczyć najprzeróźniejsze rzeczy. Werset o pięciu mężach nie budził zdziwienia w kontekście rozmowy Jezusa z Samarytanką w czwartym rozdziale Ewangelii Jana, ale wzbudził wręcz popłoch w kontekście ślubu.

Przeczytałem w życiu siedem milionów książek z dziedziny teologii, religii i duchowości. Może nieco przesadzam. Może sześć. W każdym razie – mnóstwo razy czytałem jak jedno wyznanie opluwa inno zarzucając mu, iż tam „wyrywa się wersety z kontekstu”.

Pamiętam taki przykład, jak jeden Kościół szydził z drugiego pisząc, iż tam się wyrywa wersety z kontekstu i obrazując, co miał na myśłi, zamieścił nieco przykład, który miał być zabawny (przy czym przyznam, że swojego czasu mnie bawił, tak samo jak i historia z pomyleniem Ewangelii i Listu Jana).

Rzuciwszy srebrniki ku przybytkowi, oddalił się, potem poszedł i powiesił się. Jezus rzekł: Idź, i ty czyń podobnie! (Mt 27:5 + Łk 10:37)

A tak na poważnie…

Pozwolę sobie teraz zrobić coś podobnego, tzn. postawię obok siebie dwa wersety z zupełnie różnych miejsc Biblii.

Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. (Rdz 1:27)

Bóg stworzył człowieka na swój obraz.

 

Bóg jest miłością. (1J 4:8b)

Jakim zatem jest człowiek?

Religia odpowie – człowiek jest grzesznym robalem, niegodnym przebywania w Bożej obecności, i fakt, że Bóg w ogóle utrzymuje go przy życiu jest jedynie spodowowany tym, iż Boże miłosierdzie jest tak ogromne, że… nawet większe od ludzkiego paskudztwa.

A czyż nie logicznym byłoby, że skoro Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, a Bóg jest miłością, czyż i człowiek nie jest…

MIŁOŚCIĄ?

Czystą, idealną, doskonałą miłością?

To brzmi jak herezja, czyż nie?

Skoro już jesteśmy heretykami, bądźmi nimi na całego.
Skoro Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, czyż człowiek nie jest, krótko mówiąc…

BOSKI?

Jeśli to brzmi to dla ciebie niedorzecznie, zapewne jeszcze niedorzeczniej brzmiało dla „Uczonych w Piśmie”, czyli teologów żyjących w okresie Jezusa. Nie tylko niedorzecznie, ale i bluźnierczo, czym tłumaczyli wielokrotne próby zabicia Go.

Przyjrzyjmy się dość rzadko studiowanemu fragmentowi z Ewangelii Jana:

Odpowiedział im Jezus: Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście? Jeżeli /Pismo/ nazywa bogami tych, do których skierowano słowo Boże – a Pisma nie można odrzucić to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: Bluźnisz, dlatego że powiedziałem: Jestem Synem Bożym?
(J 10:34-36)

Jezus cytuje Psalm 82. Psalm ten zaczyna się następująco:

Bóg powstaje w zgromadzeniu bogów, pośrodku bogów sąd odbywa (Ps 82:1)

W oryginale hebrajskim jest tu użyty wyraz, który jest najczęściej używany dla określenie Boga – Elohim, i użyty jest trzy razy, raz w liczbie pojedynczej, dwa razy – liczbie mnogiej. Ciekawostka – nie pokrywa się to z tłumaczeniem, gdyż liczba wyrazu Bóg jest często używana zupełnie inaczej, niż w języku polskim.

Bóg [Elohim – liczba mnoga] powstaje w zgromadzeniu bogów [El – liczba pojedyńcza)], pośrodku bogów [Elohim] sąd odbywa (Ps 82:1)

Tylko w ostatnim przypadku liczby w języku hebrajskim i polskim się pokrywają. Elohim to liczba mnoga zwana również majestatyczna – używana również do podmiotów pojedynczych. Podobnie w języku polskim funkcjonuje „wasza (a nie – twoja królewska mość”.

Psalm 82 jest o „sędziach”, przy czym mowa o specjalnej funkcji w starożytności, i była to przede wszystkim funkcja militarna, i być może mniej mylące byłoby dla niej tłumaczenie „generałowie”, nie „sędziowie”.

Niemniej chodziło o ludzi. I ludzie nazywani są tam… bogami. Podejrzewam, że w średniowieczu za samo studiowanie tego tekstu spalono by mnie na stosie.

To wygląda na bluźnierstwo do kwadratu!

Ale komuż to autor tego Psalmu wkłada w usta to bluźnierstwo?

Samemu Bogu.

Bóg nazywa ludzi bogiem/bogami!

Jeżeli komuś się wydaje, że ten tekst nie mówi tego, co mówi, przychodzi Jezus i potwierdza – oczy nas nie mylą. On się nazywa Synem Boga, i to też jest dla religii bluźnierstwem.

Aby użyć jeszcze bardziej zwariowanego przykładu, odpowiedz na pozornie głupie pytanie.

Czy dzieci są ludźmi?

Wiem, wiem, to przypomina sekciarskie manipulacje słowami. Nie próbuję jednak podać ci żadnego tłumaczenia, co owe wersety mogą oznaczać, prędzej chciałbym napisać, czego moim zdaniem oznaczać nie mogą.

Czyż nie jest nieco dziwne iż religia maluje obraz człowieka jako kogoś o charakterze zupełnie odmienym od charakteru jego Stwórcy?

Dziecko człowieka jest człowiekiem, nie jakąś jego podłą karykaturą.

Dlaczego zatem religia tak źle traktuje człowieka?

Jeżeli nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze.

Religia uczy, że jesteśmy nic nie warci, grzeszni i wstrętni, i zasługujemy na najgorsze czeluście piekła, i jedyna szansa na ratunek tkwi w posłuszeństwie religijnym nakazom i zakazom.

Są one oczywiście często zawiłe, sprzeczne ze sobą lub nawet niemożliwe… Nie o to chodzi przecież, by człowiek przyszedł raz i dowiedział się wszystkiego. Ważne, żeby przychodził co niedziela i rzucał na tacę.

Która wersja wydaje ci się bardziej logiczna?

  1. Bóg jest miłością, i naszym Stwórcą i Ojcem, więc jesteśmy brudni, grzeszni, niegodni nawet Jego spojrzenia.
  2. Bóg jest miłością, więc i my też nią jesteśmy.

     

Czy Bóg mnie kocha?

Co to znaczy dla ciebie być szczęśliwym?

Być może w odpowiedzi myślisz o zdrowiu i dostatku, wielu pomyśli o byciu kochanym. Nie wydaje się jednak zbyt powszechne by ktoś zaznawał takiego życia.Zwłaszcza bycie kochanym może się kiedyś okazać kosmicznie bardziej trudne od zdrowia i pieniędzy.

Pomyśl chwilkę – czy jest w twoim życiu w tej chwili ktoś, kogo kochasz?

A czy jest ktoś, kto ciebie kocha?

Czy – jeżeli odpowiesz na jedno lub oba te pytania twierdząco – jest to dla ciebie nieustającym źródłem radości?

Może za daleko idę? Spytam prościej – ile razy codziennie dziękujesz Bogu – lub dzielisz się z innymi – lub choćby głośno westchniesz – jaką to radość sprawia ci fakt kochania lub bycia kochanym?

Jeżeli więcej niż raz, jesteś człowiekiem szczęśliwym. Jesteś też w zdecydowanej mniejszości.

Większość z nas przyzwyczaja się do obecności w naszym życiu ludzi, których kochamy i którzy nas kochają. A prawie każdy w naszym społeczeństwie ma dzieci, rodziców, rodzeństwo, małżonków lub przyjaciół, z którymi relację może nazwać miłością.

Niestety, jakże często miłości tej… zupełnie nie widać.

Przyjrzyjmy się relacjom rodziców z dziećmi. Najczęściej początkowa sielanka (niemowlęta są takie słodkie, niewinne i kochane) zaczyna się burzyć już okresie wczesnoszkolnym – większość rodziców nie potrafi łatwo zaakceptować faktu, iż nagle przestają być dla dziecka wszechwiedzącymi i doskonałymi, i że opinie rówieśników ich pociech czasami mogą przeważyć nad ich opiniami. Z czasem robi się najczęściej jeszcze gorzej. Znam ludzi,  którzy ze swoimi nastoletnimi dziećmi nie zamieniają ani słowa przez tydzień, choć mieszkają w jednym domu.

Sfrustrowani rodzice reagują na różne sposoby, i niestety, niektóre z nich są karygodne i powodują nieodwracalne zmiany w psychice dzieci. Nierzadko słyszymy o dzieciach odbieranych tymczasowo lub na stałe swoim rodzicom, gdyż rodzice ci dopuszczali się względem nich strasznych nadużyć. Niektórzy z nich starają później się naprawić błędy i odzyskać dzieci. Później słyszymy, gdy tłumaczą swoje zachowania najróżniejszymi przyczynami, i od czasu do czasu używają wyrażenia, przy którym burzy mi się krew:

„Zawsze jednak kochałem swoje dziecko”.

Istnieje jeszcze głupsza wersja:

„Każdy rodzic kocha swoje dziecko”.

Jeżeli KAŻDY rodzic kocha swoje dziecko, czy również taki, które je katuje, lub który codziennie powtarza mu w twarz, jak go nienawidzi, a może również taki, który za pieniądze wypożycza je zboczeńcowi na noc?

Tutaj większość się zgodzi – no tak, tacy rodzice nie kochają swoich dzieci.

A co powiemy na rodzica, który się dobrze opiekuje dzieckiem tylko, gdy jest malutkie, a później traci nim zainteresowanie? Albo co na takiego, która mówi mu dobre słowo raz w miesiącu, w pozostałe dni krzycząc na nie lub je ignorując? Czy to jest miłość?

No właśnie – jaka jest definicja miłości? Powtarzając bezmyślnie hasła typu „każdy rodzic kocha swoje dziecko” wyjaławia się z pojęcia miłości jakiekolwiek znaczenie. Problemem jest również to, że nasz język w kwestii miłości jest najzwyczajniej w świecie ubogi. To samo słowo określa uczucia/relacje między dziećmi a rodzicami, małżonkami, ludźmi a ich przyjaciółmi; generalnie – relacje z ludźmi z wszelakimi innymi ludźmi, zwierzętami, ojczyzną lub potrawami. Otrzymujemy pojęcie, które znaczy wszystko… i nic.

Starożytna odmiana języka greckiego, koine, w którym spisany był oryginalnie Nowy Testament, ma już więcej słów tłumaczonych jako „miłość” lub „kochać”. Najpopularniejsze cztery to filia (miłość – przyjaźń, lubienie kogoś), eros (miłość erotyczna), storge (miłość między członkami rodziny) i agape.

No właśnie,

agape.

Agape oznacza miłość bezinteresowną. Nie musi – jak filia lub eros – mieć nic wspólnego z emocjami. Nie jest też, jak storge, uwarunkowana więzami rodzinnymi.

I właśnie agape w Biblii pojawia się najczęściej. Jest to typ miłości, którą ludzie powinni żywić w stosunku do siebie, w tym – przede wszystkim – także do samego siebie (Kochaj bliźniego…. jak siebie samego), oraz – co jest tak naprawdę najważniejsze, bo jest przeczyną i motorem wszystkiego – to miłość, którą Bóg żywi w stosunku do nas. To czynienie dobra stronie, którą się kocha.

Do emocji zmusić się nie potrafimy. Więzów krwi decyzją swojej woli nie zmienimy. Wpływ mamy tylko i wyłącznie na miłość agape. Miłość agape to nic innego jak decyzja, a raczej – skutki tej decyzji. Człowiek postanawia, że będzie czynił drugiej stronie dobro. I to robi.

Przykład takiej miłości pokazał ludziom Jezus Chrystus. Postanowił przyjść na świat jako człowiek, wieść ciężkie życie z mnóstem elementów tragicznych, których apogeum była Jego śmierć na krzyżu.

jezus-krzyż

Jezus sam mówi o swojej miłości w taki sposób:

Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.  (J 15:13)

 

A apostoł Paweł nie pozostawia wątpliwości, czego śmierć ta była obrazem:

 Bóg zaś okazuje nam swoją miłość [właśnie] przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami.  (Rz 5:7)

I jeśli mielibyśmy wątpliwości, jaką wagę ma miłość, zacytuję Jana:

Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością. (1J 4:8)

Bóg w osobie Chrystusa pokazał nam, jak praktycznie może stworzony na Boży obraz przecież (Rdz 1:27) idealny człowiek wyglądać. Jeśli mamy kiedykolwiek wątpliwości, czym jest prawdziwa miłość, powinniśmy uczyć się od jej Twórcy, od Boga.

A jeżeli przykładowo mąż nie do końca jest pewien, jak powinien w doskonały sposób kochać żonę, powinien zaoferować jej bezgraniczną pomoc we wszystkim, czego potrzebuje, przedkładając jej potrzeby ponad swoje. Taka postawa oczywiście powinna zaowocować odpowiedzią żony w postaci identycznej postawy względem jej męża. Gdyby zaś żona nie zechciała odpowiedzieć w poprawny sposób, wtedy tak naprawdę męża nie dotyczą już żadne zobowiązania. Powinien ją ukarać, na przykład przywiązując do łóżka i przypalając jej ciało rozpalonym żelazem do końca życia.

Czekajcie, co?

Nie, to byłaby zbyt delikatna kara. Bóg nie przypala rozpalonym żelazem, Bóg wrzuca do ognia; i nie do końca życia, a na wieczność.

hell02

No ale my nie jesteśmy wieczni, więc zrobimy, co umiemy; przecież mamy być naśladowcami Boga. Może kilka lat tortur?

 Po tym właśnie poznajemy, że jesteśmy w Nim. Kto twierdzi, że w Nim trwa, powinien również sam postępować tak, jak On postępował (1J 2:6)

 Tak właśnie wygląda miłość Boża w ujęciu współczesnej religii (gdy używam pojęcia „religia” na ogół mam na myśli większość współczesnych systemów teologicznych, nie odnoszę się tutaj do konkretnych ludzi ani Kościołów, nie mam też na myśli duchowości).

Religia mówi nam, że Bóg jest miłością, i że powinniśmy postępować tak, jak Bóg postępuje, nie widząc problemu w tym, że miłość Boża w ujęciu religii jest dla nas dobra tylko wtedy, gdy zrobimy coś/wyznamy coś/uwierzymy w coś (tysiące różnych denominacji spierają się, co dokładnie to jest), natomiast jeśli nie uda nam się tego czegoś wypełnić, wtedy czeka nas wieczność w mękach piekielnych. A czy męki te są wyrazem miłości? No przecież muszą być, bo miłość Boża nigdy nie ustaje…

Nie wnikając jeszcze, gdzie leży prawda, tylko jedno z tych zdań może być prawdziwe::

  1. Miłość dopuszcza wieczne znęcanie się nad kimś; karanie bez końca.
  2. Miłość niczego takiego nie dopuszcza.

Jeżeli pierwszy punkt jest prawdziwy, wtedy i my mamy prawo do tortur – wszak Bóg nas swojej miłości uczy. Co prawda Jezus nigdy nikogo nie torturował na ziemi, ale o sobie i Bogu mówił „ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10:30), więc jednocześnie można powiedzieć „Bóg wrzuca do piekła” jak i „Jezus wrzuca do piekła”.

Mógłbym jeszcze tak długo rozważać obie opcje ale… po co… Naprawdę nie widzisz problemu w tym, że Boża miłość może oznaczać dla niektórych ludzi (według wielu wyznań chrześcijańskich – dla większości) wieczne męki? Ja widzę. Jest to problem moim zdaniem bardzo oczywisty, o ile tylko zaczniemy myśleć samodzielnie. Bóg po do dał nam mózgi, by je używać, między innymi poprzez logiczne myślenie i wnioskowanie.

Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo i relacje między członkami rodziny obrazują w pewnym stopniu relacje między Bogiem i człowiekiem. W żadnym zdrowym społeczeństwie nigdy nie było przyzwolenia na przemoc i tortury w rodzinie; nawet jeśli sporo społeczeństw w przeszłości akceptowało kary cielesne, miały one być krótkotrwałe i ich jedynym celem było poprawienie zachowania.

Jeżeli ludzie, których umiejętność kochania jest jakże ograniczona w porównianiu do Bożej, wiedzą, że tortury są złe, jakże Bóg mógłby inaczej uważać?

Chciałem pisać tylko o miłości Bożej do człowieka, ale uświadomiłem sobie, że bez rozprawienia się z tematem ognia piekielnego, jakiekolwiek pisanie o niej nie trafi do niemal nikogo, zwłaszcza w Polsce. Polska bowiem, jak mało który inny kraj, ma niemal w tradycji narodowej wpisany lęk przed piekłem. Jak ludzie mogą uwierzyć w Boga, który kocha ludzi, i jednocześnie za byle co może ich torturować w nieskończoność? To nie ma sensu! Tak samo, jak nie ma sensu mówienie, że rodzic krzywdzący celowo dziecko lub drastycznie je zaniedbujący kocha je!

Nie! Taki rodzic nie kocha dziecka, kropka! A Bóg traktujący ludzi tak, jak uczy nas religijna tradycja, również nie kochałby ludzi!

Na całe szczęście jednak, choć niestety ludzi nie kochających swoich dzieci jest mnóstwo, Bóg ludzi kocha naprawdę. Najlepiej wyjaśnił i opowiedział o tym Jezus. Zalecał swoim uczniom nieskończone wzajemne wybaczanie win, płacenie dobrem za zło – nie tylko wybranym ludziom, ale wszystkim.

Niektórzy uważają, że Bóg „tak naprawdę” kocha tylko swoich wybranych/wierzących/grzecznych.

 

goog behaving

Co na to Jezus?

A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.  (Mt 5:44-47)

Jeżeli Jezus wzywa nas do miłości wszystkich – w tym i nieprzyjaciół – abyśmy byli doskonali, jak doskonały jest nasz Ojciec, to znaczy, że i On kocha wszystkich! Nie tylko chrześcijan! Nie tylko wierzących!

I, co może wydac się tobie zbyt trudne do uwierzenia – także ciebie!

Jeżeli Boża miłość do nas miałaby być uwarunkowana naszym zachowaniem – oznaczałoby to, że człowiek potrafi posiadać doskonalszą miłość, niż Bóg.

Nie wierzę, że – jak uczy nas religia – piekło nie zaprzecza Bożej miłości. Apostoł Paweł napisał krótko:

Miłość nie wyrządza zła bliźniemu. (Rz 13:10a)

Gdzie widzisz w piekle dobro? Stwierdzenia z rodzaju „Grzech przeciwko nieskończonemu Stwórcy wymaga nieskończonej kary” albo „istnienie nieba nie miałoby sensu bez istnienia piekła”, brzmią może dla niektórych mądrze, ale powstały wyłącznie w umysłach religijnych ludzi, gdyż Biblia nic takiego nie mówi.

I Biblia również nie mówi ani słowa o piekle. Gdyby mówiła, ten blog by w ogóle nie istniał. Więcej o „biblijnym piekle” znajdziesz tu i tu.

Hulaj duszo, piekła nie ma? Chcesz, to hulaj. Większość ludzi i tak hula, czy otwarcie, czy skrycie. Bardzo często namocniej hulają ci, którzy najgłośniej z ambon krzyczą o potwornościach mąk piekielnych. Pomyśl, dlaczego.

Najważniejszym wnioskiem tych wszystkich rozważań są następujące trzy słowa:

Bóg mnie kocha!!!!!!!!!!

Wszystko teraz nabiera sensu! Pomyśl, jak bardzo mocno można kochać swoje dziecko, swoją żonę czy męża, pomnóż to razy nieskończoność i tak oto kocha nas Bóg! Tak samo jak ty nigdy nie skrzywdzisz swojego dziecka, cokolwiek by ci zrobiło, tak samo i ciebie nigdy nie skrzywdzi Bóg, niezależnie od tego, czy jesteś osobą wierzącą, czy nie, czy grzeszysz strasznie, czy tylko troszeczkę! A gdy poczytasz w Biblii o najbardziej hołubionych postaciach biblijnych zobaczysz, że nikt z nich za grzecznego uchodzić według żadnych norm by nie mógł!

suffering-jesus

Bóg mnie kocha, i aby w to wierzyć, nie muszę przeczyć własnej logice i udawać, że wszystko ma sens, choć go w ogóle go nie widzę. A takiego udawania wymaga wiara w Boga pełnego miłości smażącego ludzi w piekle. Oczywiście, pełnego zrozumienia Boga i wszechświata i wszystkich prawideł nim rządzących mieć nie będziemy nigdy, ale jeżeli Bóg zachęca nas do miłości dając za przykład swoją własną miłość, to znaczy, że tyle akurat zrozumieć możemy. Zamiast przeczenia logice musimy jedynie zaprzeczyć tradycji religijnej. Jakkolwiek trudne się to wydaje, i jakkolwiek przytłaczająca jest większość myśląca tradycyjnie, warto się wysilić i myśleć samodzielnie, bo w perspektywie otrzymamy pokój duszy, o którym reszta może tylko marzyć.

A przecież tylko zdechłe ryby płyną z prądem.

* * *

Na początku artykułu zadałem pytanie, co dla ciebie znaczy być szczęśliwym.

Jeżeli usiłujesz zbudować swoje szczęście na kochaniu innych ludzi, to będziesz szczęśliwy tylko od czasu do czasu, gdyż nie potrafisz kochać nieustannie, doskonale.

Jeżeli usiłujesz zbudować swoje szczęście na byciu kochanym, to masz jeszcze trudniej, gdyż w tym wypadku już w ogóle nie masz na to wpływu.

Nieustanne szczęście natomiast może być spowodowane świadomością faktu, iż kocha cię Bóg – miłością doskonałą i nieustającą – która nie tylko nie ustaje wtedy, kiedy robisz coś (albo i wszystko) źle, ale nie ustanie również wtedy, kiedy umrzesz. Poznanie tej miłości ma moc przemieniania życia – a jej ogrom będzie przelewał się przez ciebie na innych ludzi!

A kiedy umrzesz? Wtedy poznasz tę miłość o wiele lepiej, bo zobaczysz Boga twarzą w twarz. I miłość ta w jednej chwili napełni cię taką radością, że wystarczy jej na wieczność.

Dosłownie.

light-tunnel

Ostanio edytowany: 23 grudnia 2019.

Bóg cię kocha, ale…

Młoda kobieta przyszła do psychologa.

Powiedziała, że coś chyba z nią nie tak, bo chociaż niewiele minęło od jej ślubu, nie czuje już do swego męża żadnej miłości. Gdy o nim pomyśli, czuje natomiast… strach.

Opowiedziała następnie, co dzieje się w ich domu. Mąż nieustannie zapewnia ją o swojej miłości i wierności, i że dotrzyma przysięgi małżeńskiej, że nie opuści jej aż do śmierci. Bezwarunkowo. Mówi to wszystko codziennie, następnie dodaje –

 ALE

„Ale jeżeli ty nie będziesz mi wierna, lub nie będziesz mnie kochała tak, jak ja tego chcę, lub nie będziesz robić tego, co chcę, wrzucę cię do piwnicy, przykuję łańcuchem i będę chłostał pasem dzień dzień, tak długo, jak tylko będę dał rady!”

Czy psycholog powinien rozpocząć terapię tej kobiety… czy zawiadomić policję i zalecić jej nie wracanie do domu?

Jeszcze jedna historia.

Pewien chłopiec

wykrzyczał swojemu ojcu, że go nienawidzi. W odpowiedzi na to, ojciec przywiązał go do łóżka i torturował bez jedzenia i picia przez kilka dni. Czy powinniśmy ukarać ojca, czy może syna, a ojciec dobrze zrobił, karząc syna za jego nienawiść?

Scared face

Czy masz jakiekolwiek wątpliwości, że w powyższych historiach to właśnie z mężem (z pierwszej) i ojcem (z drugiej) jest coś poważnie nie tak? Jeśli nie masz, gratuluję. Jeżeli jednak jesteś przeciętnym chrześcijaninem, obawiam się, że za osobę podobną do tych ludzi uważasz…

Boga.

Bóg cię kocha, ale… jeśli ty nie będziesz Go kochać, wrzuci cię do piekła na wieczne tortury.”
Bóg wybacza wszystkie grzechy… ale jeśli przekroczysz jedno z niezliczonych przykazań w jakiś określony sposób, żegnaj niebo, witaj piekło.”
Bóg przyjął cię do swojej rodziny… ale jeśli trochę za bardzo narozrabiasz, wyrzuci cię z niej bez możliwości powrotu.”
Bóg kocha dzieci… zanim nie osiągną wieku odpowiedzialności, a wtedy – albo nawrócenie – albo piekło.”

Bóg – doktor Jekyll czy pan Hyde?

Trudno mi pojąć, dlaczego prawie wszyscy chrześcijanie są w stanie godzić „uosobienie miłości” z sadystycznym tyranem, karzącym za byle co w sposób nieproporcjonalnie okrutny. Pojąć mi to trudno, chociaż… sam wiele lat tak o Bogu tak myślałem.

Aby ratować ten wewnętrznie sprzeczny obraz Boga w naszych umysłach, na ogół rozdzielamy miłość Bożą od naszej miłości i rozumiemy przez nie zupełnie inne rzeczy.

Weźmy dla przykładu miłość rodziców do naszych – w jej idealnym przykładzie rodzice są czuli, delikatni, nastawieni na najwyższe dobro dziecka. Codziennie o miłości swej dziecko zapewniają wielokrotnie. Zawsze są gotowi wszystko przebaczyć, zamiast stosowania jakichkolwiek kar preferują doprowadzanie do sytuacji, gdzie dziecko będzie samo doświadczało konsekwencji swoich czynów (oczywiście w sposób kontrolowany i bezpieczny) i uczyło się z nich.

Boża miłość natomiast – według najczęściej spotykanego chrześcijańskiego schematu – jest zupełnie inna. Przebacza tylko po spełnieniu określonych warunków. Nigdy do końca tak naprawdę nie możemy być pewni, czy Bóg nam wszystko wybaczył. A jeśli nie wybaczył, to kara czeka nas niesamowita – nie w celu poprawy, ale w celu – nie wiem – zemsty? Nieskończone tortury, lub – w niektórych łagodniejszych odmianach doktrynalnych – wieczne oddalenie od Boga w jakimś ponurym miejscu?

Czyja miłość wydaje nam się doskonalsza?

Tak! Nasza własna! Potrafię być lepszym rodzicem, niż taki „bóg”. Bluźnię? Jeśli tak, to nie bluźnię przeciwko Bogu, ale temu bożkowi stworzonemu przez religię.

Dobra nowina – dla kogo?

Wyraz „ewangelia” w oryginale greckim oznacza „dobra nowina”. Czy kiedy myślisz o ewangelii, serce wypełnia ci radość? Nie? Przecież to dobra nowina!!! Ale… dobra dla kogo? Może dla bezgrzesznych ludzi, ale takowych nie ma. Poza tym nawet gdybym był bezgrzeszny, mógłbym trafić do takiego Kościoła, który bardzo szczegółowo opisuje, jaki to rodzaj wiary jest „zbawczą wiarą” i mógłbym się do ich definicji nie załapać.

Istnieje około tysiąca denominacji chrześcijańskich i niełatwo znaleźć pośród nich dwie, które by się w 100% zgadzały co do odpowiedzi na pytanie „jak można się znaleźć w gronie szczęśliwców, którym przypadnie w udziale życie wieczne”.

Która denominacja mówi prawdę?

A może… żadna?

Wśród zarzutów, które chrześcijanom wysuwają ateiści, agnostycy i ludzie innych wyznań, przodują dwa:

Jak miłosierny Bóg może dopuszczać do takiego ogromu cierpienia na świecie?

Jak miłosierny Bóg może skazywać ludzi na wieczne męki w ogniu piekielnym?

Odpowiedź na pytanie pierwsze – to temat na osobny artykuł. Odpowiedź na pytanie drugie jednak jest trywialnie prosta.

Jeżeli całe życie coś ci „nie grało”, coś nie pasowało w obrazie wiecznych tortur z rąk Boga, który jest miłością…

MASZ RACJĘ. To nie pasuje.

Nie przejmuj się opinią większości. Posłuchaj swojej logiki.

Nie słuchaj idiotycznych tłumaczeń w stylu „Bóg nikogo nie wrzuca do piekła, ludzie sami Go odrzucają i wybierają piekło”. Nie ma takiego człowieka, który po kilku minutach (a raczej i sekundach) siedzenia w ogniu dalej chciał tam siedzieć, a tutaj mówimy o wieczności!

Jednak nie nasza intuicja i nie logika są ostatecznym dowodem na to, że te wieczne tortury to wymyślona bzdura.

Faktem mało znanym jest to, że na temat piekła… ani słowa nie znajdziesz w Biblii. Tutaj znajdziesz więcej na ten temat.

Mnóstwo ludzi, zwłaszcza „głęboko religijnych”, reaguje bardzo emocjonalnie gdy kwestionuje się przy nich istnienie piekła. Może to wydawać się dziwne… przecież powinniśmy chyba się cieszyć, jeśli jest szansa, że coś tak okropnego, czym straszą nas w niemal wszystkich kościołach, jest tylko wymysłem i nie istnieje, czyż nie? Jeśli sam odczuwasz negatywne emocje gdy ktoś przy tobie podważa piekło, zastanów się, dlaczego. Powody takiego niepokoju prawie zawsze spowodowane są przez dwie możliwe przyczyny: albo sami podświadomie myślimy, że nasze poglądy „nie trzymają się kupy”, albo… nie może nam się pomieścić w głowie, że Bóg może wybaczyć wszystkim ludziom, bez powodu, bez warunków, gdyż… sami tego nie potrafimy.

Zamiast patrzeć na to, co mówi nam religia, popatrzmy na chwilę na świat! Zostaliśmy stworzeni na obraz Boży! Popatrz na matkę tulącą niemowlę. Popatrz na szał radości dwojga zakochanych, którzy widzą się pierwszy raz po długiej przerwie. Zaobserwuj zachwycony, zakochany wzrok rodzica, kiedy dziecko robi pierwsze kroki. Albo idącą pod rękę parę 80-ciolatków, patrzących sobie w oczy z czułością, jak gdyby byli parą zaświergolonych nastolatków…

To tylko cień miłości, jaką ma do nas Bóg.

 W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy.
My miłujemy [Boga], ponieważ Bóg sam pierwszy nas umiłował. (1 J 4:10.19)

Nas” nie oznacza katolików, chrześcijan, baptystów. Oznacza również ateistów, „innowierców”, a także morderców… i wszystkich najgorszych ludzi, których sobie potrafimy wyobrazić. Jego miłość oznacza dla nas między innymi to, że nie musimy się obawiać kary za grzechy! Jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości, że dla Boga jakimkolwiek problemem jest wybaczenie nam grzechów, zobacz, jak robił to Jezus, obraz Boga na ziemi. Pewnego dnia przynieśli do Niego sparaliżowanego człowieka.

 Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy. (Mk 2:5)

Jezus nie wymagał pójścia do spowiedzi, obietnicy poprawy, zadoścuczynienia, ofiary na biednych.

Wybaczył, chociaż nie był o to nawet proszony.

I taka właśnie jest miłość Boża.

Ostatnia edycja: 17 stycznia 2022